Szalała burza. Niebo przecinały błyskawice. Wśród wycia wichru i szumu ulewy dało się słyszeć rżenie konia. Wierzchowiec jak gdyby utkany był z mgły i zdawał się zupełnie niematerialny. Ktoś jednak na nim jechał. Nieziemsko piękna dziewczyna stała w strzemionach. Długie, ciemne włosy, mokre od deszczu spływały jej na ramiona, a granatowe oczy lśniły radością. Miała do wykonania misję od której zależały losy świata, nie wątpiła jednak, że jej się powiedzie...
Łup, łup, łup. Ten odgłos niepokojąco przypominał pukanie do drzwi. To jakaś pomyłka. Przecież przed chwilą kładłam się do łóżka, a zegar wskazywał dwudziestą trzecią. Zacisnęłam mocniej oczy i spałam dalej.
Łup, łup, łup. Skrzyyyyp. Człap, człap. Jakaś ręka potrząsnęła mną nagląco i usłyszałam głos mamy:
- Neth, wstawaj, czas do szkoły.
Zignorowałam obecność rodzicielki w pokoju.
- Córeczko... - teraz w głosie była prosząca nuta.
- Śpię - wymamrotałam i naciągnęłam kołdrę na głowę. Może uda mi się jeszcze złapać tego konia. - Córeczko, jest dwadzieścia po szóstej... - SŁUCHAM?! - z trudem siadłam na łóżku, nieprzytomnie rozglądając się po pokoju. - Miałam wstać kwadrans temu... Mama wyszła, czując, że obudziłam się na dobre. Zwlokłam się z łóżka i po omacku ubrałam. Dziś jechałam na moje pierwsze w życiu zawody sportowe. Z biegów. I w dodatku jeszcze długodystansowych. Dziewczyny u nas w klasie są ogólnie dobre z wuefu, ale z biegami nie jest jakoś specjalnie... Natomiast u mnie to jedyna mocna strona w tym przedmiocie. Oczywiście nigdy nie prześcignę Madzi P., ale jakoś wyrabiam na 800m, co w porównaniu z innymi wypada wcale dobrze. Tyle że ten bieg będzie na 1000m i doskonale zdawałam sobie sprawę, że sobie nie poradzę. Cóż, jak mus to mus. Wdziałam na siebie wuefowy T-shirt, stwierdziłam, że mi zimno, włożyłam wełniany, nierozpinany sweter i, żeby nie podpaść za mundurek, na to wszystko naciągnęłam błękitną szkolną koszulkę (w której zazwyczaj wyglądałam jak w sukience, mimo, że był to najmniejszy rozmiar). Dobrą stroną tej koszulki jest fakt, że można ją założyć nawet na kombinezon. Rzuciłam okiem na moje biurko i zamarłam. Wśród papierów, zeszytów, otwartych podręczników, rozmontowanych długopisów i całego majdanu potrzebnego do nauki ujrzałam prawie pustą kartkę A3 na której znajdował się tylko imponujący tytuł: „Piętra roślinne Alp”. To dlatego miałam wstać trochę wcześniej. Dobra, tylko spokojnie. Rysunek miałam w podręczniku. Kusiło mnie wprawdzie, żeby druknąć sobie gotowy plakat, ale nie chciałam ryzykować. W rekordowym tempie nabazgrałam coś w rodzaju góry, podpisałam, co trzeba i zabrałam się za kolorowanie. Niestety, w tym momencie mama odkryła, że nie zjadłam śniadania i musiałam zostawić na chwilę mój wyczyn. Kiedy wróciłam, było tak mało czasu na wszystko, że moja góra ostatecznie wyglądała jak grządka z kapustą. Pakowałam się na ślepo, biorąc tylko jakieś przypadkowe zeszyty, miałam nadzieję, że jakoś mi to ujdzie. Uszło. Nawet obyło się bez zgłaszania nieprzygotowań. Tuż przed chemią wyruszyliśmy sprzed szkoły. Było trochę kłopotu, bo w mojej torbie, i tak już wypchanej, miał się jeszcze zmieścić włożony rano ubiór. Ostatecznie musiałam zostawić sweter w szatni. Paradoksalnie marzłam i byłam głodna mając torbę wypchaną ciuchami i jedzeniem. Przewidywałam, że na miejscu nie będzie jak się przebrać i dlatego szłam w jeansowej kurteczce narzuconej na sportowy T-shirt oraz w legginsach. Na dworze było kilka stopni i padał deszcz, a my drałowaliśmy na piechotę. W ostatniej chwili nasza wuefistka Romcia powiadomiła Madzię (numer jeden), że jednak nie musi jechać. Biedna Madzia M, kompletnie zdezorientowana zdecydowała się zostać w szkole, mimo iż nie miała połowy książek. Nawiasem mówiąc takie rzeczy są zupełnie w stylu Romci. Poszliśmy. Cud, że nie zamarzłam. Nie wytrzymałam jednak głodówki i w czasie drogi niejednokrotnie podjadałam sobie ciasto mamy. Moja torba nie wyglądała potem zbyt pięknie. Na miejscu spotkałam mojego młodszego brata i kupę znajomych z różnych szkół(z przewagą kupy). Z naszej klasy startowała ze mną tylko Madzia druga (Madzia P.), co mnie nie urządzało. Oczywiście umówiłyśmy się, że biegniemy razem, nie spieszymy się i dokonujemy SABOTAŻU, ale wiadomo jak to jest podczas biegu - każdy myśli „dobiec, byle szybko.” Największym moim przeżyciem było to, że po kilku metrach zsunął mi się stanik i nie dało się go poprawić w biegu. Biegłam więc z tą częścią ubioru na wysokości pasa. Nie było jednak tak źle – Madzia przybiegła trzynasta, a ja – piętnasta, co na kilkadziesiąt biegnących jest wcale niezłym wynikiem. Zawody były ogólnie udane. Nie musimy startować w drugim etapie, Romcia jest zadowolona, bo dziewczyna z pierwszej przeszła do finału, a i mini sabotaż został dokonany – nie wróciłyśmy już do szkoły, choć ja, w tajemnicy przed nauczycielami wpadłam tam na chwilkę. To tyle na dziś. A tak na marginesie – za grządkę dostałam piątkę:) z minusem.
Hahahahaha kocham Cię! :D
OdpowiedzUsuńSorcia ale nie zobaczyłam mejla a Ty się nie przypomniałaś ;) pisz pisz pisz!! To jest genialne! :D