sobota, 21 września 2013

Babskie(?) zakupy. Kwestia królika

Ach, sobota. Zero szkoły, nauki, pośpiechu, luz i spanie do południa. To ostatnie niestety mnie nie dotyczyło. Nastawiłam sobie budzik na 7.30 żeby na pewno zdążyć na zbiórkę harcerską (zaczynała się za trzy godziny). Byłam gotowa niespodziewanie szybko, więc stwierdziłam, że zabiorę całą moją gotówkę w liczbie trzystu dwunastu złotych (efekt nieustannego odkładania) i pójdę na bazar na prawdziwe babskie zakupy. Jak szaleć to szaleć.
 Niestety, nie było mi dane zrealizować tego marzenia. Los postawił na mojej drodze sklep zoologiczny.
Słowo wyjaśnienia. Od dawien dawna w naszym domu mieszkała jakaś świnka morska. Ostatnia nazywała się Momek. Kiedy rodzina wyjeżdżała, świnkę przejmowała babcia, której jakoś zawsze udawało się chronić ją przed swoim psem. Jednak niedawno pies zdechł i pogrążona w smutku babcia zaczęła częściej do nas wpadać. Miałam wrażenie, że bardziej chce zobaczyć Momka niż nas (wrażenie oczywiście mylne). Aż wreszcie, kiedy wróciliśmy z wakacji i przyjechaliśmy do niej po Momka, rozpłakała się i powiedziała, że go nie odda. Dziadek się zdenerwował i była afera, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że dla dobra babci i świnki, która już się do niej przyzwyczaiła, może ją sobie zatrzymać. To była też ulga dla mamy, która dość już miała mocnego chodzenia do ogrodu albo suszenia sałaty (świnki morskie muszą codziennie dostawać coś zielonego, bo nie potrafią same wytwarzać witaminy C). Potrafią to jednak króliki, przynajmniej tak mi się wydawało. Mama nie potraktowała poważnie mojego oświadczenia, że chcę królika, ponieważ po pierwsze nie mieliśmy już klatki, a po drugie nie miałby kto z nim zostawać w czasie wyjazdów.
Ja jednak najpierw robię, potem myślę. Weszłam do sklepu.
- Dzień dobry, czy ma pani klatkę dla królika?
Sympatyczna pani za ladą spojrzała na mnie uważnie.
- Tam jest jedna. Jaką chcesz w ogóle?
- No... właściwie to nie wiem. - dotarło do mnie, że nic nie wiem o takich klatkach.
- Masz w domu królika? - spytała pani chcąc mi pomóc.
- Nnnie... właściwie to jeszcze nie mam. - Ta głupia odpowiedź usprawiedliwia się moim panicznym lękiem przed sprzedawcami. - A ile tu kosztuje królik? Razem z klatką?
Pani zrobiła zatroskaną minę.
- Klatka będzie pewnie za sto, a królik za koło osiemdziesięciu..
- O, nawet stać mnie. - Naprawdę myślałam, że to wyniesie drożej. To musiał być znak.
- Czy chcesz teraz kupić? Czy twoi rodzice wiedzą?
- Tak... wiedzą... raczej. - Czy wyrażają zgodę to była już inna kwestia. Nagle uświadomiłam sobie, co powiedzą rodzice, jeśli przyjdę do domu z królikiem. Postanowiłam zacząć od mniejszego wstrząsu. - Ja poproszę samą klatkę... Po królika przyjdę później.
 W sklepie obok kupiłam jeszcze zieloną bransoletkę i wróciłam do domu.
Rodzice nie byli bardzo zdenerwowani, raczej zdezorientowani. Teraz poczułam się trochę głupio i próbowałam wyjaśnić im jak bardzo potrzebuję pustej klatki  (można w niej trzymać na przykład siostrę), ale chyba ich nie przekonałam. Klatka dalej stoi u mnie w pokoju. Mieliśmy ubaw, bo nasza najmłodsza siostrzyczka mieściła się w niej doskonale. Chciałam udowodnić, że nawet ja się do niej zmieszczę, Weszłam w prostokątny otwór o wymiarach 23 na 24cm (mierzyłam), ale nie mogłam z niego wyjść, po prostu utknęłam. W końcu jakoś mi się udało (nie obyło się bez zdjęcia spodni) i klatka, pusta, stoi i wprawia rodzinę w zakłopotanie. Nie zdziwiłabym się, gdybym na urodziny (w styczniu ) dostała królika.



No powiedzcie, czy ona nie jest słodka?

1 komentarz:

  1. Nie żeby coś ale szykuj się na odwiedziny :D muszę poznać Twoje bogate w liczebność rodzieństwo :P

    OdpowiedzUsuń