Obudziłam się z myślą, że jestem śmiertelnie chora. Miałam straszliwy katar, chrypę i kaszel, w dodatku bolały mnie zatoki. Mama dała mi Ibuprom oraz jakiś ohydny syrop z liściem bluszczu na etykietce. Wypiłam dzielnie i poczułam się jakby lepiej. Do kościoła szliśmy na pierwszą i było jeszcze trochę czasu, więc mama wymyśliła, że pójdziemy na grzyby. Nie chciałam wychodzić - czy oni nie wiedzieli, że choruję?- ale w końcu poszłam. Grzyby widać wyrosły dziś rano, bo były małe - idealne do marynowania. Nasz dom przeżywa fazę robienia przetworów (w ogrodzie mamy trzy drzewa śliwkowe), więc rzuciliśmy się ochoczo do zbierania. Wyszło na co najmniej jeden słoiczek. Mój pięcioletni brat Staś martwił się, że nie znajduje żadnych grzybów, więc specjalnie go na nie naprowadzaliśmy. Jednego za Chiny nie mógł znależć, choć Przemek (brat, lat niespełna 12) oraz Karolina (siostra, lat ponad 8) robili wszystko, żeby go zobaczył. Wtem najmłodszy członek rodziny, czyli prawie dwuletnia Hania, roześmiała się i pokazując paluszkiem grzyba zawołała:
- Tu, Taś, tu!!!
Cała rodzina wybuchnęła niepohamowanym śmiechem - z niej dopiero będzie grzybiarz!
Na mszy był chrzest. Nie lubię chrztów, bo ludzie zapominają o co w nich chodzi. Zapraszają ludzi nie mających z Kościołem nic wspólnego i w ogóle wszystko robią na pokaz. Niedawno na jednym takim chrzcie chciało mi się wrzeszczeć z frustracji. Do kościoła wiadomo jak trzeba się ubrać - bez wyciętych dekoltów, z zasłoniętymi kolanami i ramionami. Kto chodzi ten wie. A tu wszystkie szczęśliwe panie, WSZYSTKIE bez wyjątku miały spódniczki mini. W ogóle nie zwracały uwagi na to, co się dzieje na mszy, tylko pozowały do zdjęć. A zdjęcia robiła im... to było najgorsze. Gdybym spotkała taką babkę na ulicy to miałabym poważne wątpliwości co do jej zawodu... wiadomo co mam na myśli. Jej sukienka była jaskrawofioletowa i półprzezroczysta. Sięgała może cztery centymetry poniżej bioder. Od przodu odsłaniała znaczne partie biustu i nie posiadała nawet marnych ramiączek. Z tyłu w ogóle nie miała pleców. Kobieta ta pstrykając nieustannie cały czas stała wypięta w stronę ołtarza, a biedny ksiadz widział tylko jej gołe cielsko z wąziutkim paskiem materiału na tyłku. Szczerze go podziwiałam, że nie rzucił w nią tym złotym naczynkiem, które trzymał. No bo co to jest? Kościół czy saloon?
Na szczęście dzisiaj rodziny chrzczonych dzieci zachowywały się w miarę normalnie.
Po obiedzie pojechaliśmy na tor do minigolfa, żeby wykorzystać kupon wygrany na którejś loterii. Ja prawie nie grałam, bo razem z mamą poszłam na plac zabaw i bawiłyśmy się z Hanią. To dziecko jest niewiarygodnie zmyślne i gotowe do ekstremalnych doświadczeń. Żałowałam, że nie mam aparatu. Jej głównym numerem było zawiśnięcie na poziomym drążku z brodą opartą na rękach i wymach nóg do przodu. Wchodziła też na zjeżdżalnię pod prąd i ciągle trzeba jej było pilnować.
Dziś, w ostatni dzień lata tata napalił w kominku. Siedzieliśmy do późna wieczór. Nie wiem, jak po weekendzie wrócę do szkoły. Może przeżyję, bo z powodu przeziębienia mama zwolni mnie z wuefu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz