- No, artykuł.
Za jaką cholerę artykuł?!!! Dobra, uczę się. Napisałam pierwsze literki streszczenia i wkuwam. Coś jednak jest nie tak, nie wiem tylko co. W szkole brak Ali, natomiast D (imienia nie podam) chce jakieś zeszyty.
Za jaką cholerę zeszyty?!!!
Nie moja wina, że kiedy dzwonił to ja jeszcze na pół spałam i gorączkowo szukałam po domu jakichś normalnych majtek. Chciał lekcje z całego tygodnia, a ja, drżąca, w samej bieliźnie, musiałam mu dyktować Szczęście, że on ma cegłofon bo na pewno mnie nie mógł widzieć. Dobra. Sorki stary, na jutro ci przyniosę.
Fizyka.
- Neth, umiesz do kartkówki?
Za jaką cholerę kartkówka?!!!
No, tak. Ruch jednostajny. Kurczę, ja to mam pecha. Na spółkę z Olcią napisałam. Przynajmniej wydaje mi się, że dobrze.
Wuef. Nie mam stroju. Dopisałam dzisiejszą datę do zwolnienia, ale nie wyglądało to wiarygodnie. Na szczęście Roma pojechała na zawody, miałyśmy z panem, który nie czepiał się niećwiczących. Niestety trzeba było wyjść na dwór, a ja siedząc bez ruchu marzłam okropnie.
Matma. Nie słuchałam pani, bo wkuwałam angielski.
Po dzwonku na przerwę poszłyśmy zaliczać na 6. Teraz dopiero dowiedziałam się, że nauczyć się trzeba jakiegoś oddzielnego artykułu. I wkleić go do zeszytu. Oddzielnego. I napisać do niego słówka do nauki.
Zrobiłam głupio, bo brnęłam dalej. Powiedziałam, że znalazłam artykuł na temat lektury i powiedziałam go z pamięci... Koszmar. Pani się strasznie wkurzyła (już sama jej irytacja budzi grozę wśród uczniów) i powiedziała że co to za artykuł, skąd go wzięłam, i dlaczego nie mam go na kartce wraz ze słówkami i że tak "się wcale nie rozwijam" (cytuję) i podobno mówi o tym od pażdziernika zeszłego roku. Z pomocą przyszła mi Olcia, ratując mi życie (już drugi raz tego dnia). Ona też to źle zrozumiała. Pani nam wybaczyła bo to wrzesień, ale nie wiem, czy mamy to teraz poprawić czy nie.
Na domiar złego całą tę scenę widziała moja mama, która przyszła porozmawiać z wychowawczynią. Na szczęście mama to osoba, której bez obaw można się wyżalić - wyrazi tylko współczucie. Niewiele osób ma takie szczęście. Mama rozmawiała, a ja czekałam przed szkołą. Po strasznej angielskiej wpadce jeszcze płonęła mi twarz. Żeby o tym zapomnieć zaczęłam żuć liść klonu. Pomogło - był tak potwornie gorzki, że nie mogłam myśleć o niczym innym. Nagle zobaczyłam, że wpatruje się we mnie jakiś chłopak. Jego mina mówiła "dlaczego żujesz liść?!" Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Mama nie przychodziła, więc poszłam jej szukać w szatni. Pan woźny spojrzał na mnie jakoś dziwnie, więc szybko ją opuściłam. Gdy byłam już na korytarzu moją uwagę przykuł dziwny dzyndzel wystający ze ściany. Dotknęłam go i... światło zgasło. Szybko zapaliłam je znowu, ale z głębi szatni doleciał mnie gniewny głos: "no i czego wciskasz!" Uciekłam.
W domu dostałam ochrzan, bo wpadłam na chwilkę do babci i zleciało nam się kilka godzin.
Kupiłam trociny do mojej klatki i odkryłam, że nie są granulowane tylko sypkie. Oczywiście rozsypałam je na dywan.
Od jutra w sklepie będą króliki, więc kto wie... Może się zdecyduję... w ramach małego sabotażu...:)
spłuczka sedesowa to fantastyczne tło do zdjęć