poniedziałek, 30 września 2013

Kiedy angielski spada na głowę

To chyba najokropniejszy dzień w moim życiu. Byłam pewna, że dobrze zrozumiałam polecenie pani od angielskiego - na dodatkową ocenę trzeba przeczytać lekturę i napisać streszczenie. Streszczenia się nauczyć i opowiedzieć pani. A tu nie - dziewczyny miały jakieś karteczki z jakimś dziwnym tekstem, a na pytanie co to jest Zosia odpowiedziała
- No, artykuł.
Za jaką cholerę artykuł?!!! Dobra, uczę się. Napisałam pierwsze literki streszczenia i wkuwam. Coś jednak jest nie tak, nie wiem tylko co. W szkole brak Ali, natomiast D (imienia nie podam) chce jakieś zeszyty.
Za jaką cholerę zeszyty?!!!
Nie moja wina, że kiedy dzwonił to ja jeszcze na pół spałam i gorączkowo szukałam po domu jakichś normalnych majtek. Chciał lekcje z całego tygodnia, a ja, drżąca, w samej bieliźnie, musiałam mu dyktować Szczęście, że on ma cegłofon bo na pewno mnie nie mógł widzieć. Dobra. Sorki stary, na jutro ci przyniosę.
Fizyka.
- Neth, umiesz do kartkówki?
Za jaką cholerę kartkówka?!!!
No, tak. Ruch jednostajny. Kurczę, ja to mam pecha. Na spółkę z Olcią napisałam. Przynajmniej wydaje mi się, że dobrze.
Wuef. Nie mam stroju. Dopisałam dzisiejszą datę do zwolnienia, ale nie wyglądało to wiarygodnie. Na szczęście Roma pojechała na zawody, miałyśmy z panem, który nie czepiał się niećwiczących. Niestety trzeba było wyjść na dwór, a ja siedząc bez ruchu marzłam okropnie.
Matma. Nie słuchałam pani, bo wkuwałam angielski.
Po dzwonku na przerwę poszłyśmy zaliczać na 6. Teraz dopiero dowiedziałam się, że nauczyć się trzeba jakiegoś oddzielnego artykułu. I wkleić go do zeszytu. Oddzielnego. I napisać do niego słówka do nauki.
Zrobiłam głupio, bo brnęłam dalej. Powiedziałam, że znalazłam artykuł na temat lektury i powiedziałam go z pamięci... Koszmar. Pani się strasznie wkurzyła (już sama jej irytacja budzi grozę wśród uczniów) i powiedziała że co to za artykuł, skąd go wzięłam, i dlaczego nie mam go na kartce wraz ze słówkami i że tak "się wcale nie rozwijam" (cytuję) i podobno mówi o tym od pażdziernika zeszłego roku. Z pomocą przyszła mi Olcia, ratując mi życie (już drugi raz tego dnia). Ona też to źle zrozumiała. Pani nam wybaczyła bo to wrzesień, ale nie wiem, czy mamy to teraz poprawić czy nie.
Na domiar złego całą tę scenę widziała moja mama, która przyszła porozmawiać z wychowawczynią. Na szczęście mama to osoba, której bez obaw można się wyżalić - wyrazi tylko współczucie. Niewiele osób ma takie szczęście. Mama rozmawiała, a ja czekałam przed szkołą. Po strasznej angielskiej wpadce jeszcze płonęła mi twarz. Żeby o tym zapomnieć zaczęłam żuć liść klonu. Pomogło - był tak potwornie gorzki, że nie mogłam myśleć o niczym innym. Nagle zobaczyłam, że wpatruje się we mnie jakiś chłopak. Jego mina mówiła "dlaczego żujesz liść?!" Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Mama nie przychodziła, więc poszłam jej szukać w szatni. Pan woźny spojrzał na mnie jakoś dziwnie, więc szybko ją opuściłam. Gdy byłam już na korytarzu moją uwagę przykuł dziwny dzyndzel wystający ze ściany. Dotknęłam go i... światło zgasło. Szybko zapaliłam je znowu, ale z głębi szatni doleciał mnie gniewny głos: "no i czego wciskasz!" Uciekłam.
W domu dostałam ochrzan, bo wpadłam na chwilkę do babci i zleciało nam się kilka godzin.
Kupiłam trociny do mojej klatki i odkryłam, że nie są granulowane tylko sypkie. Oczywiście rozsypałam je na dywan.
Od jutra w sklepie będą króliki, więc kto wie... Może się zdecyduję... w ramach małego sabotażu...:)
spłuczka sedesowa to fantastyczne tło do zdjęć

wtorek, 24 września 2013

Czy króliki jedzą gliki?

Zaczęło się od nowego słowa Hanusi - GLIK. Na początku myśleliśmy, że jest to wymyślony przez nas potwór, ale szybko okazało się, że ów tajemniczy glik nie znaczy nic innego jak wilk. Hania bardzo bała się glika, więc żeby ją rozśmieszyć zaczęliśmy układać o nim piosenki. Naszą najbardziej popularną jest przeróbka powszecgnie znanej piosenki:
Lubię podróże
I lubię kwiatów woń
Zielone wzgórze
I morskiej wody toń,
Ciepły kominka blask,
Gdy zapada zmrok.
Bum tarara, bum tarara
Bum tarara, bum tarara.
Znałam też wresję obozową:

Lubię harować,
Lubię latryny woń
Zieleń kiełbasy
I moja brudną dłoń,
Ciepły ogniska blask,
Gdy komary tną.
Bij komara, bij komara
Bij komara, bij komara.

Także z powodu mojego nagłego zainteresowania królikiem i lęku Hani przed glikami:

Lubię króliki,
Króliki nie są złe.
Zjadają Gliki!
Przypadki odwrotne
Także zdarzają się,
Glik królika zje.
Bum tarara, Bum tarara
Glik królika zjeść się stara.
Bum tarara, bum tarara,
Królik glika wciąż unika!

Moj kolega wymyślił jeszcze o dresiarzach:

Nie lubię dresów,
Bo dresy głupie są.
Ciągle kiblują,
Co drugie słowo klną,
Kiedy odwrócisz się
To cię nożem dźgną.
Bum tarara, bum tarara
Bum tarara, dres fujara.

Nie wiem czemu mama zabroniła mi to śpiewać. To przecież szczera prawda!

niedziela, 22 września 2013

Grypa? Mały grzybiarz i mały gimnastyk.

Obudziłam się z myślą, że jestem śmiertelnie chora. Miałam straszliwy katar, chrypę i kaszel, w dodatku bolały mnie zatoki. Mama dała mi Ibuprom  oraz jakiś ohydny syrop z liściem bluszczu na etykietce. Wypiłam dzielnie i poczułam się jakby lepiej. Do kościoła szliśmy na pierwszą i było jeszcze trochę czasu, więc mama wymyśliła, że pójdziemy na grzyby. Nie chciałam wychodzić - czy oni nie wiedzieli, że choruję?- ale w końcu poszłam. Grzyby widać wyrosły dziś rano, bo były małe - idealne do marynowania. Nasz dom przeżywa fazę robienia przetworów (w ogrodzie mamy trzy drzewa śliwkowe), więc rzuciliśmy się ochoczo do zbierania. Wyszło na co najmniej jeden słoiczek. Mój pięcioletni brat Staś martwił się, że nie znajduje żadnych grzybów, więc specjalnie go na nie naprowadzaliśmy. Jednego za Chiny nie mógł znależć, choć Przemek (brat, lat niespełna 12) oraz Karolina (siostra, lat ponad 8) robili wszystko, żeby go zobaczył. Wtem najmłodszy członek rodziny, czyli prawie dwuletnia Hania, roześmiała się i pokazując paluszkiem grzyba zawołała:
- Tu, Taś, tu!!!
Cała rodzina wybuchnęła niepohamowanym śmiechem - z niej dopiero będzie grzybiarz!
 Na mszy był chrzest. Nie lubię chrztów, bo ludzie zapominają  o co w nich chodzi. Zapraszają ludzi nie mających z Kościołem nic wspólnego i w ogóle wszystko robią na pokaz. Niedawno na jednym takim chrzcie chciało mi się wrzeszczeć z frustracji. Do kościoła wiadomo jak trzeba się ubrać - bez wyciętych dekoltów, z zasłoniętymi kolanami i ramionami. Kto chodzi ten wie. A tu wszystkie szczęśliwe panie, WSZYSTKIE bez wyjątku miały spódniczki mini. W ogóle nie zwracały uwagi na to, co się dzieje na mszy, tylko pozowały do zdjęć. A zdjęcia robiła im... to było najgorsze. Gdybym spotkała taką babkę na ulicy to miałabym poważne wątpliwości co do jej zawodu... wiadomo co mam na myśli. Jej sukienka była jaskrawofioletowa i półprzezroczysta. Sięgała może cztery centymetry poniżej bioder. Od przodu odsłaniała znaczne partie biustu i nie posiadała nawet marnych ramiączek. Z tyłu w ogóle nie miała pleców. Kobieta ta pstrykając nieustannie cały czas stała wypięta w stronę ołtarza, a biedny ksiadz widział tylko jej gołe cielsko z wąziutkim paskiem materiału na tyłku. Szczerze go podziwiałam, że nie rzucił w nią tym złotym naczynkiem, które trzymał. No bo co to jest? Kościół czy saloon?
Na szczęście dzisiaj rodziny chrzczonych dzieci zachowywały się w miarę normalnie.
Po obiedzie pojechaliśmy na tor do minigolfa, żeby wykorzystać kupon wygrany na którejś loterii. Ja prawie nie grałam, bo razem z mamą poszłam na plac zabaw i bawiłyśmy się z Hanią. To dziecko jest niewiarygodnie zmyślne i gotowe do ekstremalnych doświadczeń. Żałowałam, że nie mam aparatu. Jej głównym numerem było zawiśnięcie na poziomym drążku z brodą opartą na rękach i wymach nóg do przodu. Wchodziła też na zjeżdżalnię pod prąd i ciągle trzeba jej było pilnować.
 Dziś, w ostatni dzień lata tata napalił w kominku. Siedzieliśmy do późna wieczór. Nie wiem, jak po weekendzie wrócę do szkoły. Może przeżyję, bo z powodu przeziębienia mama zwolni mnie z wuefu.

sobota, 21 września 2013

Babskie(?) zakupy. Kwestia królika

Ach, sobota. Zero szkoły, nauki, pośpiechu, luz i spanie do południa. To ostatnie niestety mnie nie dotyczyło. Nastawiłam sobie budzik na 7.30 żeby na pewno zdążyć na zbiórkę harcerską (zaczynała się za trzy godziny). Byłam gotowa niespodziewanie szybko, więc stwierdziłam, że zabiorę całą moją gotówkę w liczbie trzystu dwunastu złotych (efekt nieustannego odkładania) i pójdę na bazar na prawdziwe babskie zakupy. Jak szaleć to szaleć.
 Niestety, nie było mi dane zrealizować tego marzenia. Los postawił na mojej drodze sklep zoologiczny.
Słowo wyjaśnienia. Od dawien dawna w naszym domu mieszkała jakaś świnka morska. Ostatnia nazywała się Momek. Kiedy rodzina wyjeżdżała, świnkę przejmowała babcia, której jakoś zawsze udawało się chronić ją przed swoim psem. Jednak niedawno pies zdechł i pogrążona w smutku babcia zaczęła częściej do nas wpadać. Miałam wrażenie, że bardziej chce zobaczyć Momka niż nas (wrażenie oczywiście mylne). Aż wreszcie, kiedy wróciliśmy z wakacji i przyjechaliśmy do niej po Momka, rozpłakała się i powiedziała, że go nie odda. Dziadek się zdenerwował i była afera, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że dla dobra babci i świnki, która już się do niej przyzwyczaiła, może ją sobie zatrzymać. To była też ulga dla mamy, która dość już miała mocnego chodzenia do ogrodu albo suszenia sałaty (świnki morskie muszą codziennie dostawać coś zielonego, bo nie potrafią same wytwarzać witaminy C). Potrafią to jednak króliki, przynajmniej tak mi się wydawało. Mama nie potraktowała poważnie mojego oświadczenia, że chcę królika, ponieważ po pierwsze nie mieliśmy już klatki, a po drugie nie miałby kto z nim zostawać w czasie wyjazdów.
Ja jednak najpierw robię, potem myślę. Weszłam do sklepu.
- Dzień dobry, czy ma pani klatkę dla królika?
Sympatyczna pani za ladą spojrzała na mnie uważnie.
- Tam jest jedna. Jaką chcesz w ogóle?
- No... właściwie to nie wiem. - dotarło do mnie, że nic nie wiem o takich klatkach.
- Masz w domu królika? - spytała pani chcąc mi pomóc.
- Nnnie... właściwie to jeszcze nie mam. - Ta głupia odpowiedź usprawiedliwia się moim panicznym lękiem przed sprzedawcami. - A ile tu kosztuje królik? Razem z klatką?
Pani zrobiła zatroskaną minę.
- Klatka będzie pewnie za sto, a królik za koło osiemdziesięciu..
- O, nawet stać mnie. - Naprawdę myślałam, że to wyniesie drożej. To musiał być znak.
- Czy chcesz teraz kupić? Czy twoi rodzice wiedzą?
- Tak... wiedzą... raczej. - Czy wyrażają zgodę to była już inna kwestia. Nagle uświadomiłam sobie, co powiedzą rodzice, jeśli przyjdę do domu z królikiem. Postanowiłam zacząć od mniejszego wstrząsu. - Ja poproszę samą klatkę... Po królika przyjdę później.
 W sklepie obok kupiłam jeszcze zieloną bransoletkę i wróciłam do domu.
Rodzice nie byli bardzo zdenerwowani, raczej zdezorientowani. Teraz poczułam się trochę głupio i próbowałam wyjaśnić im jak bardzo potrzebuję pustej klatki  (można w niej trzymać na przykład siostrę), ale chyba ich nie przekonałam. Klatka dalej stoi u mnie w pokoju. Mieliśmy ubaw, bo nasza najmłodsza siostrzyczka mieściła się w niej doskonale. Chciałam udowodnić, że nawet ja się do niej zmieszczę, Weszłam w prostokątny otwór o wymiarach 23 na 24cm (mierzyłam), ale nie mogłam z niego wyjść, po prostu utknęłam. W końcu jakoś mi się udało (nie obyło się bez zdjęcia spodni) i klatka, pusta, stoi i wprawia rodzinę w zakłopotanie. Nie zdziwiłabym się, gdybym na urodziny (w styczniu ) dostała królika.



No powiedzcie, czy ona nie jest słodka?

piątek, 20 września 2013

Kapusta w Alpach i 1000m bez stanika

Szalała burza. Niebo przecinały błyskawice. Wśród wycia wichru i szumu ulewy dało się słyszeć rżenie konia. Wierzchowiec jak gdyby utkany był z mgły i zdawał się zupełnie niematerialny. Ktoś jednak na nim jechał. Nieziemsko piękna dziewczyna stała w strzemionach. Długie, ciemne włosy, mokre od deszczu spływały jej na ramiona, a granatowe oczy lśniły radością. Miała do wykonania misję od której zależały losy świata, nie wątpiła jednak, że jej się powiedzie...

Łup, łup, łup. Ten odgłos niepokojąco przypominał pukanie do drzwi. To jakaś pomyłka. Przecież przed chwilą kładłam się do łóżka, a zegar wskazywał dwudziestą trzecią. Zacisnęłam mocniej oczy i spałam dalej.
 Łup, łup, łup. Skrzyyyyp. Człap, człap. Jakaś ręka potrząsnęła mną nagląco i usłyszałam głos mamy:
 - Neth, wstawaj, czas do szkoły.
Zignorowałam obecność rodzicielki w pokoju.
 - Córeczko... - teraz w głosie była prosząca nuta.
- Śpię - wymamrotałam i naciągnęłam kołdrę na głowę. Może uda mi się jeszcze złapać tego konia. - Córeczko, jest dwadzieścia po szóstej... - SŁUCHAM?! - z trudem siadłam na łóżku, nieprzytomnie rozglądając się po pokoju. - Miałam wstać kwadrans temu... Mama wyszła, czując, że obudziłam się na dobre. Zwlokłam się z łóżka i po omacku ubrałam. Dziś jechałam na moje pierwsze w życiu zawody sportowe. Z biegów. I w dodatku jeszcze długodystansowych. Dziewczyny u nas w klasie są ogólnie dobre z wuefu, ale z biegami nie jest jakoś specjalnie... Natomiast u mnie to jedyna mocna strona w tym przedmiocie. Oczywiście nigdy nie prześcignę Madzi P., ale jakoś wyrabiam na 800m, co w porównaniu z innymi wypada wcale dobrze. Tyle że ten bieg będzie na 1000m i doskonale zdawałam sobie sprawę, że sobie nie poradzę. Cóż, jak mus to mus. Wdziałam na siebie wuefowy T-shirt, stwierdziłam, że mi zimno, włożyłam wełniany, nierozpinany sweter i, żeby nie podpaść za mundurek, na to wszystko naciągnęłam błękitną szkolną koszulkę (w której zazwyczaj wyglądałam jak w sukience, mimo, że był to najmniejszy rozmiar). Dobrą stroną tej koszulki jest fakt, że można ją założyć nawet na kombinezon. Rzuciłam okiem na moje biurko i zamarłam. Wśród papierów, zeszytów, otwartych podręczników, rozmontowanych długopisów i całego majdanu potrzebnego do nauki ujrzałam prawie pustą kartkę A3 na której znajdował się tylko imponujący tytuł: „Piętra roślinne Alp”. To dlatego miałam wstać trochę wcześniej. Dobra, tylko spokojnie. Rysunek miałam w podręczniku. Kusiło mnie wprawdzie, żeby druknąć sobie gotowy plakat, ale nie chciałam ryzykować. W rekordowym tempie nabazgrałam coś w rodzaju góry, podpisałam, co trzeba i zabrałam się za kolorowanie. Niestety, w tym momencie mama odkryła, że nie zjadłam śniadania i musiałam zostawić na chwilę mój wyczyn. Kiedy wróciłam, było tak mało czasu na wszystko, że moja góra ostatecznie wyglądała jak grządka z kapustą. Pakowałam się na ślepo, biorąc tylko jakieś przypadkowe zeszyty, miałam nadzieję, że jakoś mi to ujdzie. Uszło. Nawet obyło się bez zgłaszania nieprzygotowań. Tuż przed chemią wyruszyliśmy sprzed szkoły. Było trochę kłopotu, bo w mojej torbie, i tak już wypchanej, miał się jeszcze zmieścić włożony rano ubiór. Ostatecznie musiałam zostawić sweter w szatni. Paradoksalnie marzłam i byłam głodna mając torbę wypchaną ciuchami i jedzeniem. Przewidywałam, że na miejscu nie będzie jak się przebrać i dlatego szłam w jeansowej kurteczce narzuconej na sportowy T-shirt oraz w legginsach. Na dworze było kilka stopni i padał deszcz, a my drałowaliśmy na piechotę. W ostatniej chwili nasza wuefistka Romcia powiadomiła Madzię (numer jeden), że jednak nie musi jechać. Biedna Madzia M, kompletnie zdezorientowana zdecydowała się zostać w szkole, mimo iż nie miała połowy książek. Nawiasem mówiąc takie rzeczy są zupełnie w stylu Romci. Poszliśmy. Cud, że nie zamarzłam. Nie wytrzymałam jednak głodówki i w czasie drogi niejednokrotnie podjadałam sobie ciasto mamy. Moja torba nie wyglądała potem zbyt pięknie. Na miejscu spotkałam mojego młodszego brata i kupę znajomych z różnych szkół(z przewagą kupy). Z naszej klasy startowała ze mną tylko Madzia druga (Madzia P.), co mnie nie urządzało. Oczywiście umówiłyśmy się, że biegniemy razem, nie spieszymy się i dokonujemy SABOTAŻU, ale wiadomo jak to jest podczas biegu - każdy myśli „dobiec, byle szybko.” Największym moim przeżyciem było to, że po kilku metrach zsunął mi się stanik i nie dało się go poprawić w biegu. Biegłam więc z tą częścią ubioru na wysokości pasa. Nie było jednak tak źle – Madzia przybiegła trzynasta, a ja – piętnasta, co na kilkadziesiąt biegnących jest wcale niezłym wynikiem. Zawody były ogólnie udane. Nie musimy startować w drugim etapie, Romcia jest zadowolona, bo dziewczyna z pierwszej przeszła do finału, a i mini sabotaż został dokonany – nie wróciłyśmy już do szkoły, choć ja, w tajemnicy przed nauczycielami wpadłam tam na chwilkę. To tyle na dziś. A tak na marginesie – za grządkę dostałam piątkę:) z minusem.