niedziela, 27 października 2013

Podwójny sabotaż nie daje mi spokoju

Mimo dzikiego zwierza w domu, nowych kłopotów miłosnych i zbliżającej się w zastraszającym tempie olimpiady z polskiego moje życie toczy się dalej - ośmielę się stwierdzić, że całkiem przyzwoicie. Wprawdzie mama codziennie "motywuje" mnie do pracy dotyczącej tego ostatniego, ale to też nie jest takie straszne, bo w końcu chcę być jak najbardziej w temacie. Czułam się więc całkiem wolna i szczęśliwa, zwłaszcza, że cała rodzina wyjeżdżała na resztę popołudnia i miałam przysłowiową "wolną chatę".
Kiedy upewniłam się, że odjechali, zeszłam do kuchni, podśpiewując:
Jedzie ułan, jedzie, i marihę żuje,
Uciekaj, dziewczyno, bo cię poczęstuje,
Hej, hej, ułani, wszyscy narkomani,
Niejedna panienka poleci za wami.

Byłam w doskonałym humorze. Otworzyłam drzwi szafki i zawahałam się. To chyba jednak będzie kradzież. Chciałabym teraz napisać, że bohaterskim wysiłkiem odstawiłam cukier na miejsce, zamknęłam szafkę i poszłam sprzątać pokój, jak obiecałam. Prawda jest niestety taka, że cukier jakimś sposobem wylądował w rondelku, a moja ręka, bez mojego udziału nastawiła gaz. Potem wzięła łyżkę, uprzednio wyjąwszy z szafki gumową foremkę, zaczęła mieszać w garnku i już po chwili po całej kuchni rozszedł się wspaniały zapach karmelu. Karmel ów został przelany do foremki, a następnie postawiony na blacie, żeby wystygł. Po zabiegu rondelek został starannie wymyty i schowany na miejsce, a na cukierku własnej produkcji widniał mój inicjał. Był to bardzo duży, wspaniały cukierek w kolorze żywicy drzewa śliwkowego. Smakował wprost niebiańsko, ale mama wyraźnie powiedziała co myśli o wykradaniu słodyczy z szafki i o jedzeniu tychże przed obiadem. Trudno. To ostatni raz.
Poszłam na górę w przekonaniu, że teraz posprzątam. Mój wzrok jednak padł na stojący w przedpokoju komputer.
Chciałabym teraz napisać, że zignorowałam obecność sprzętu odtwarzającego mój ukochany western, że posłuchałam głosu rozsądku i, mając w pamięci perspektywę miesięcznego szlabanu, pójść sprzątnąć wreszcie ten pokój. Prawda jest taka, że moja noga, najwyraźniej obdarzona własną wolą, sama kopnęła w stojący na ziemi sprzęt i jakimś cudem trafiła na włącznik.
Z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów serialu "Bonanza", a zwłaszcza jednego z nich. W mojej rodzinie panuje idiotyczne przekonanie, że kocham jednego z dawno zmarłych aktorów o imieniu Pernell Roberts. Nic bardziej mylnego. Gość może sobie być martwy tyle lat, ile zechce. Jestem ciężko, nieodwracalnie i na wieki zakochana w jego filmowym wcieleniu. Różnica jest taka, że kowboj o imieniu Adam nigdy nie istniał, a mimo to nie chcę chodzić z żadnym, choćby najsensowniejszym chłopakiem (inna sprawa, że wszyscy to głąby). Pewnie kiedyś mi przejdzie, ale na razie fajnie jest trochę pomarzyć.
W każdym razie żałuję, że obejrzałam ten odcinek - na pewno nie nadawał się dla innych dzieci, a tata jeszcze go nie oglądał. Mama nie będzie zachwycona, gdy to obejrzymy, a ja nie mogę powiedzieć rodzicom, dlaczego mamy nie oglądać akurat tego. Z całej rodziny tylko Przemek zna mój sekret, choć ledwo udało mi się go uprosić, żeby się nie wygadał. Złoyłam mu uroczyste słowo harcerki, że już tak nie zrobię - i sprawa załatwiona. Ja dotrzymuję słowa - nawet pokój sprzątnęłam - choć bez odkurzacza... :)

poniedziałek, 21 października 2013

Nielegalny królik - Amidala czy Harry?


Stało się to tydzień temu. Najlepszy dowód, jak poważny był to rodzaj sabotażu - fakt, że przez cały tydzień nie miałam czasu, siły ni ochoty na napisanie czegokolwiek na ten temat. Jak skrajnie lekkomyślny może być człowiek: nic wcześniej nie przemyślawszy idzie za chęcią dokonania czegoś zwariowanego, a potem ponosi konsekwencje i proszę - cały dom pogryziony, podrapany i posikany, a sprawca zamieszania bezkarnie korzysta z faktu, że jest przez wszystkich kochany. Noooooo. Teraz mogę przejść do rzeczy.
 Umówiłam się z Olcią na przystanku 115, przy szkole. Ten autobus wyruszał spod mojego domu i jechał do przystanku 525- bezpośredniego transportu do Promenady.
Na początku nie bardzo wiedziałyśmy, po co jedziemy. W pierwotnej wersji miałyśmy towarzyszyć Ali, która chciała kupić książkę, ale tak się złożyło, że nie mogła pojechać. Co, bynajmniej, nie przeszkodziło jechać nam. W końcu Olcia wpadła na pomysł, że kupi sobie etui na telefon - przezroczyste. A ja wymyśliłam, że właśnie w osławionej Promenadzie dokonam zakupu mego życia. Zapakowałam wszystkie moje oszczędności (80 zł - marne resztki z tego, co zostało mi po wykupieniu jednej czwartej sklepu z biżuterią oraz klatki) i mogłam jechać. Oczywiście spóźniłam się troszkę - zgodnie z rozkładem, który dostałam od Olci - ale 115 zawsze przyjeżdżało później. Gdy jednak wychodziłam z domu, ona zadzwoniła z pytaniem, czy byłam w autobusie, który właśnie odjechał sprzed szkoły. Zdziwiłam się - Nawet najszybsze autobusy nie pokonają drogi z Falenicy do Radości w dwie minuty! Wszystko wyjaśniło się, gdy dotarłam na przystanek - Olci, albo Internetowi, pomyliły się rozkłady. W końcu jednak dotarłam na miejsce spotkania.
Kiedy Ola dowiedziała się, że będziemy wiozły królika przez pół Warszawy autobusem, dostała ataku śmiechu. Na miejscu był tylko jeden królik - biały, z ciemną obwódką wokół oka. Wydał mi się całkiem fajny. Obdzwoniłyśmy wszystkie koleżanki, zebrałyśmy do kupy za i przeciw, w końcu zdecydowałyśmy się na kupno. I co? Okazało się, że dzieciom nie sprzedają. Wkurzona powiedziałam do Olci:
-Chodźmy na bazar w Falenicy, tam nam na pewno sprzedadzą.
Wróciłyśmy więc, bogatsze tylko o mrożony napój kawowy.
W Falenicy ludzie nie mieli takich dziwnych uprzedzeń. Wahałam się między dwoma króliczkami i w końcu wybrałam czarnego z maleńką białą plamką na czole. Prawie na pewno była to panna królik, więc nazwałam ją Amidala (nazwisko z Gwiezdnych Wojen, oczywiście), w skrócie Ami. Olcia głosowała za Haroldem, ale Directionerką nigdy nie byłam i nie będę i wniosek odpadł sam przez się. Po drodze do domu zgarnęłyśmy jeszcze Alę i razem poszłyśmy stawiać czoła mojej mamie. Wypadło zupełnie nieźle, bo uroda królika zniewoliła ją do reszty.
Następnego dnia przyszła obejrzeć go Magda - była przy prawdziwym imieniu dla niego i chwała jej za to - Imię Ami ma już pięć różnych wersji! Wygląda na to, że mojego nabytku nie widziała jeszcze tylko Zosia - ale to nic, mieszkamy blisko siebie.
A Zosia jest genialna. Powtarzam: ZOSIA JEST GENIALNA! Kiedy Ala z Madzią pojechały na zawody, ona została sama na placu boju i wygrała: skutecznie odstraszyła D i nie musiałam się tłumaczyć, dlaczego nie chcę z nim chodzić. Bo nie chcę - uświadomiłam to sobie, kiedy w Empiku w Promenadzie spojrzałam na okładkę płyty Star Wars - i zobaczyłam twarz faceta z blasterem. On wyraźnie mówił: nie rób tego. Tylko jak ja mam to wyjaśnić D? Ciężkie jest życie dywersantki.

niedziela, 13 października 2013

Gdy w obronie honoru skaczę do jeziora

Kiedy wczoraj D polazł za mną do mojej babci myślałam, że już nic gorszego zdarzyć się nie może. Nie żeby coś, ale to staje się nachalne. Problem zaczął się wtedy, gdy D odkrył 213, którą od dłuższego czasu wracałam do domu, żeby uniknąć odprowadzenia. W tym dniu odbierałam Staśka z przedszkola, więc poszłam przed budynek i myślałam, że teraz się odczepi. Ale nie - zaczekał na zewnątrz, aż wyjdę z bratem i jeszcze miał pretensje, co tak długo. Kiedy mój brat go zobaczył, uśmiechnął się i powiedział:
-Cześć, D!
- Nie jestem D!
-Nie? A jak?
Myślałam, że umrę. Staś nacierał dalej.
- Czy znowu się uparłeś?
Kopnęłam go, ale nic z tego. D się zainteresował.
- Uparłem się?
- Że odprowadzisz nas do domu. Neth mówi...
Wybawienie w postaci autobusu nadjechało.
Wysiedliśmy wcześniej, bo przypomniało mi się, że obiecałam babci wpaść po szkole. Czekała. Bardzo się ucieszyła i grzecznie zapytała, czy kolega wejdzie. Kolega był na tyle nietaktowny, że wszedł.
To, co się potem działo było koszmarem. Bawiliśmy się z Momkiem i cały czas bałam się, że on zrobi coś złego tej niewinnej śwince morskiej. Jakoś nie wierzyłam w jego zapewnienia o wyczuciu i dobrym podejściu do zwierząt. D zaprzyjaźnił się ze Stasiem, widocznie nie przeszkadzały mu nieustanne uwagi w stylu " dlaczego masz takie odstające uszy?" Po prostu świetnie się dogadywali. Babcia też mnie nie ratowała, bo co chwila zachwycała się, jaki to kolega jest ładny (nawiasem mówiąc miałam nieco inne zdanie na ten temat). Chłopaki poszli bawić się w chowanego, a babcia pogratulowała mi chłopaka.
- Babciu!!! To nie jest mój chłopak, nawet nie za bardzo go lubię.
- Ale taki ładny jest...
- Wolę Maćka - palnęłam, zastanawiając się, dlaczego akurat Maciek przyszedł mi do głowy.
Po powrocie Staś wymógł na D, że następnego dnia przyjdzie do nas. Tym sposobem znów byłam umówiona na randkę, której przecież nie chciałam. D objął mnie na pożegnanie i zniknął zanim zdążyłam dać mu w twarz.
Następnego dnia nie było lepiej. Mieliśmy właściwie uczyć się historii, ale nie było pani, więc od razu pojechaliśmy do łazienek. Tam D cały czas próbował mi zaimponować udowadniając, że jest ode mnie lepszy. Nie napiszę, co konkretnie mówił, bo krew mi się burzy. Mówił też o niehumanitarnym zabijaniu świń oraz o innych rzeczach, pod koniec których zrobiło mi się niedobrze. Wkurzyłam się, a wkurzona ja jestem zdolna do wszystkiego.
Zaczęłam celowo robić z siebie idiotkę. Nie chciałam chodzić po ścieżkach, tylko po trawie. Kładłam się na ławce i mówiłam, że się opalam. Darłam się na cały park "przyjdźcie w niedzielę na referendum!!!".
Ponadto chciałam mu pokazać, że nie we wszystkim potrafi mnie zakasować. Co z tego, że kiedy dowiedział się, iż jestem fanką Gwiezdnych Wojen, obejrzał je kilka razy z rzędu, po czym zaczął zadawać mi pytania o modele statków! Zrobił mi quiz z wiedzy o tym filmie, stwierdził, że dysponuję jedynie podstawową wiedzą, po czym przeszedł do pytań "na moim poziomie"!!! Byłam wściekła. Jakim prawem mądrzył się o pasji mojego życia, jakby nie dowiedział się o temacie dwa dni wcześniej! W dodatku widziałam kartkę  z pytaniami. Gość, który pisze "Han Solo" przez "ch" i z małej litery jest u mnie skończony na zawsze. Nadszedł czas zemsty. Choćby D wkuł na pamięć cały podręcznik do biologii, nie dorówna mi w zakresie wiedzy - nie przesadzam. Wskazałam na drzewo, pod którym siedzieliśmy.
- O, jakie to ładne. Po korze i kształcie liści poznaję, że to wiąz. Pamiętasz, co mówiła pani, prawda? Wiąz ma bardzo charakterystyczną cechę - asymetryczną nasadę ogonka liściowego... - na takie tematy mogłam mówić bez końca.
- Proszę, Neth, nic o biologii. Szkole dziękujemy.
- Ależ, co ci się nie podoba? Powinieneś przecież rozróżnić wiąz od innych drzew, to praktyczna wiedza. Dla ułatwienia przypatrz się tej wyraźnej pierzastej nerwacji...
- Neth, koniec z biologią!
Hi, hi, pomyślałam. Przypomnę ci to w odpowiednim czasie, mój ty skarbie. A na głos:
- Och, zobacz tylko, kaczka! Masz coś do jedzenia? Oswoję ją!
- Nie mam nic. Chodź już.
- Dlaczego? Ta kaczka to najmilsze towarzystwo, jakie spotkałam od wyjścia ze szkoły. Dlaczego mam iść? Wiem, że kaczki lubią glony. Weź, nałów nam trochę. - Wiem, to było chamskie, ale nie mogłam się powstrzymać.
- Chodź, bo będę cię niósł!
- To nieś. Zobaczymy, czy potrafisz... AAAAAAA! Weź się ogarnij!!!
Ten idiota rzeczywiście wziął mnie na ręce i zaniósł do najbliższej ławki. To był błąd, bo nieświadomie włączył profil " Najbardziej Uparta Osoba Ziemi". Zeszłam z ławki. Usiadłam tuż nad wodą.
- Teraz już się stąd nie ruszę i możesz się na mnie obrazić, jak chcesz - dodałam z nadzieją.
- Chyba nie. Ja nie potrafię się na ciebie gniewać.
Jasny gwint, a już myślałam, że się udało.
- Ale wepchnąć mnie do wody potrafiłbyś?
- tak, chcesz się przekonać?
Zaczął żartobliwie popychać mnie do przodu. Było to dość ryzykowne, bo właśnie kucałam na drewnianym balu wystającym z wody. W pewnej chwili straciłam równowagę. Mogłam uskoczyć na brzeg. Tyle, że wtedy przewróciłabym się dokładnie na niego i tak spleceni upadlibyśmy w trawę. Super romantycznie. Z drugiej strony czekała głęboka, brudna, lodowata woda jeziorka. Miałam ułamki sekund na decyzję i decyzję podjęłam.
- CHLUP!!!!!!!!
Brr, ohyda. Stałam po pas w tej wodzie, byłam mokra i było mi okropnie zimno, ale honor mój był uratowany. A ta jego mina...
- Idioto!!!!! - wrzasnęłam. Kto ci kazał mnie pchać?!!!
- Mówiłaś, że chcesz... poza tym miałaś szczęście, że nie wpadłaś głową na przód... a w ogóle to prawie nie jesteś mokra.
- Nie jestem mokra?! Stoję po pas w wodzie!!! Teraz pomóż mi stąd wyjść.
Podał mi rękę i wyciągnął na brzeg. Natychmiast zadzwoniłam do mamy (telefon na szczęście mi nie zamókł) i zrelacjonowałam D jej decyzję.
- Masz natychmiast postawić mi herbatę. Gorącą. A potem wezwać taksówkę.
- Za drogo na taksówkę - sprzeciwił się. Spojrzał na spływające ze mnie strugi wody. - Zresztą, już prawie wyschłaś.
- Ja się na ciebie obrażam. Foch forever.
- Ej, wybacz mi. Sama chciałaś w końcu.
- Nie odzywam się do ciebie.- byłam przeszczęśliwa. Nareszcie mogłam obrazić się na zawsze i spokój. - Teraz idziemy do kawiarni, bo zaraz zamarznę.
- I wybaczysz mi wtedy?
- Zobaczę.
On był niemożliwy. Co drugie zdanie pytał, czy mu wybaczę, więc w końcu zrobiłam to ze zniecierpliwienia, a plan wziął w łeb. Po herbacie D wynalazł kasę na paluszki i stwierdził, że już nic nie ma, więc wracamy autobusem. Poszliśmy do wyjścia. D starał się mnie pocieszyć.
- Teraz mamy już czym nakarmić twoją kaczkę.
- O, nie mój drogi. Nakarmisz mnie, a nie kaczkę, a potem zaraz zabierzesz mnie na przystanek 520. Chcę stąd wyjść i to natychmiast.
- Już teraz natychmiast?
- Tak, teraz natychmiast. Widzisz, mam naturę despotki.
- To zostaniesz moją dziewczyną?
Zamurowało mnie.
To, jak określa Mazi, była perfidia, to było po prostu zwykłe cwaniactwo. Gdyby nie zadał tego pytania ot, tak sobie, jakby po raz któryś z rzędu, miałabym gotową druzgocącą odpowiedź. Teraz po prostu stanęłam jak wryta, a wyuczona dyplomatyczna formułka wyleciała mi z głowy. Kiedy wreszcie mi się przypomniała, wydawała się tak nie na miejscu, że aż jęknęłam - CO, do jasnej ciasnej, nam powiedzieć temu idiocie?
- Więc?
- Możemy porozmawiać o tym za trzy lata? Nie czuję się na siłach...
- Trzy lata? To będzie druga liceum. Odpowiedz mi teraz, bo nie pokażę ci wyjścia.
Przez moją głowę przebiegło z dziesięć co bardziej idiotycznych odpowiedzi. "Sorry, nie mogę z tobą chodzić, uważam, że jeszcze za wcześnie na to..." Tak, tyle, że jeśli mi spodoba się jakiś chłopak to nie będę mogła z nim chodzić, żeby nie wyjść na idiotkę. "Sorry, od dawna mam na oku..." Kogo? Bądź poważna, dziewczyno. W desperacji rozważałam nawet możliwość powiedzenia prawdy: "Wiesz, ja nigdy nie będę twoją dziewczyną, ponieważ jestem ciężko, nieodwracalnie i na wieki zakochana w filmowym wcieleniu dawno nieżyjącego Amerykanina..." Do pioruna! Cholibcia saperska, jak mówi moja mama.
- No więc, jaka odpowiedź?
- No nie wiem. Nie wiem naprawdę.
- Weź paluszka, bo się kończą.
- Dzięki. Chodź do wyjścia, bo mi zimno.
- Dobra. A odpowiedź?
"Gówno, nie odpowiedź!" miałam ochotę krzyknąć. Powiedziałam tylko:
- Nie to nie. Sama trafię do wyjścia.
Zostawiłam go samego pod krzakiem i poszłam.
Dogonił mnie, jak byłam już na ulicy.
- Nie mogę cię zostawić. Nie trafiłabyś do autobusu.
- Zauważ, że teraz to ja cię zostawiłam. Spytałabym się kogoś o drogę.
Pokręcił głową. Najwyraźniej mi nie wierzył.
Poszliśmy na przystanek rozmawiając zupełnie normalnie - tylko co jakiś czas wracał do kwestii pytania. Odpowiedź była niezmienna:
- Powiem ci, jak wyschnę. Teraz jestem w szoku termicznym i psychicznym i chcę do domu.
Do domu jakoś dotarliśmy. Wprawdzie 115 się zepsuło i musieliśmy wracać pociągiem, ale dotarłam żywa. Od razu położyłam się do łóżka i słyszałam tylko, że D wszedł do pokoju Przemka i o czymś z nim gadał. Potem zasnęłam.
Kiedy się obudziłam Przemek powiedział mi, że mam zadzwonić do D w sprawie jakiegoś pytania. Wyłączyłam komórkę.
Nie wiem, co robić. Nie kocham go, oczywiście, ale... Ach, to moja największa wada - brak asertywności.
HELP!!!!

środa, 9 października 2013

Plastelina, kawa i Żelusie

Technika zapowiadała się ciekawie. Każdy miał przynieść materiały do robienia lampionu - m.in coś do wypełnienia (kamyki, ziarno), słoik, klej lub plastelinę i oczywiście świeczkę. Podzieliliśmy się materiałami z D, który siedzi ze mną na technice. Musiałam na chwilę wcielić się w Kopciuszka, bo rozsypał ziarna kawy i ryżu, a chciał je mieć oddzielnie. Zosia przyniosła dziwną indyjską kawę w stanie zmielonym, o zapachu czekoladowo-malinowym. Wystarczyła szczypta tej kawy, żeby pomieszczenie napełniło się niesamowitą, odurzającą wonią. Wąchałyśmy ją jak głupie, oczywiście dostałyśmy głupawki, a gdziekolwiek się nie udałam, czułam tę kawę w powietrzu. Na matmie cały czas pachniała i nie pozwalała mi się skupić.
Jeszcze lepszy materiał na lampion wynalazła Olcia. Kupiła w Biedronce całą masę małych żelowych kulek do kwiatków. Po kilku godzinach kulki te były wszędzie. Mieliśmy ubaw odkrywając coraz to nowe ich właściwości, odbijając je, podrzucając i rozgniatając. Nie na tym koniec. Któryś  z chłopaków przyniósł odblaskową plastelinę i wpadł na arcymądry pomysł rozrzucenia jej po całej szkole, rzucając głównie w dziewczyny. Ja starałam się uważać, żeby nie nabrudzić, ale kiedy zobaczyłam kawowo-żelowo-plastelinowe pobojowisko celowo przeniesione na korytarz, miarka się przebrała. W końcu moja zaprzyjaźniona sąsiadka pracowała tu jako woźna. Zaczęłam zbierać plastelinę i przy okazji nieźle się obłowiłam - kolory miała naprawdę imponujące. Kiedy co niektórzy zaczęli się ze mnie śmiać, powiedziałam im parę słów prawdy i czym prędzej znikłam. Co do kulek, to jedną znalazłam na korytarzu, a dwie w szatni. Przypominały mi żelusie z "Pingwinów z Madagaskaru" albo minecraftowe slajmy.
Po powrocie do domu rozpierała mnie energia. Wzięłam spodnie od piżamy i wywijając nimi nad głową zaczęłam skandować: TELETU-BI-SIE!!! Nagle stanęłam twarzą w twarz z jedenastoletnim synkiem przyjaciółki mojej mamy - na śmierć zapomniałam, że on dzisiaj u nas nocuje. Na szczęście on jest zupełnie normalny i już po chwili razem ze mną wznosił okrzyki na cześć teletubisiów. Ten dom jest zdrowo rąbnięty, bo po chwili przyłączyły się do nas wszystkie dzieci.
O obecności Adrianka u nas zapomniałam także rano, kiedy na wpół ubrana wpadłam na jego stojące w korytarzu łóżko. Na szczęście się nie obudził.
Mam problemy z D. Poprosił, żebym pomogła mu z historią. Jak mam się za to zabrać?! A dziś po szkole... Ale o tym napiszę innym razem. Ciao!
Ach, przez te kłopoty kwiat mojego życia więdnie! :D

niedziela, 6 października 2013

Im dalej w las... Grzyby kontratakują

To był pomysł Ali i Madzi. Moja mama nic o tym nie wiedziała, dlatego gdy wróciłam godzinę później niż zwykle była łagodnie mówiąc dość zdenerwowana. Ale po kolei.
Na angielskim pani puszczała po jednej linijce piosenki w formie dyktanda. Pracowałam w parze z Madzią i zrobiłyśmy fantastyczną ilość błędów. Piosenka mówiła o przeznaczeniu i o tym, że co będzie, to będzie. Był tam taki fajny włoski zwrot, chyba "que sera, sera". Ala z Olcią nie zaważyły, że jest on podany na tablicy i napisały go tak jak słyszą. Piosenka sama w sobie była dość głupia, ale miała denerwującą skłonność przyczepiania się i człowiek musiał ją śpiewać choćby powstrzymywał się całą siłą woli.
Angielski był naszą ostatnią lekcją i gdy wreszcie zadzwonił dzwonek Ala z Madzią postanowiły, że pojadą moim autobusem, wysiądą wcześniej i pójdą na grzyby. Głupio było jechać dalej bez nich, a w dodatku zapowiadała się niezła zabawa, więc wysiadłam z nimi, mimo, że nie powinnam.
Zapuściłyśmy się w kawałek lasu przy ulicy Kwitnącej Akacji. Były to gęste chaszcze otaczające czyjś mur. Łaziłyśmy w nich jak głupie, patrząc pod nogi i śpiewając: "When I was a little girl...". Gdyby ktoś nas zobaczył, popukałby się w czoło.
Zbieranie grzybów z Alą jest naprawdę bardzo zabawne, choć czasem nieco frustrujące.
- Dziewczyny, a to? Nie jest ani wklęsłe, ani wypukłe na środku...
- Ale ma blaszki.
- To nie fair. Dlaczego te grzyby mnie nie nie lubią? (Pokazuje identyczny grzyb obok) A to?
- Ala, może byś poszukała zamiast użalać się, że nic nie znajdujesz?
- Szukam! A to?
- To jest muchomor.
- Ale jest czerwony...
- A jaki ma być?!
W tym momencie Madzia, będąca już daleko, odkrzyknęła:
- Są różne rodzaje muchomorów! Czerwone, brązowe, białe, żółte...
- Zielone i niebieskie! Ale Ala nie odróżnia muchomora od prawdziwka!
- Zobaczycie, znajdę dziesięć prawdziwków! A to?
- Nie wygłupiaj się.
- Czyli trujak. Dobra, a to?
  Madzia znalazła kilka starych podgrzybków, a ja naprawdę gigantyczną kurkę. Wydobyłam ją z miejsca, obok którego przed chwilą przechodziła Ala, co nie poprawiło jej humoru. Ostatecznie wyniki były takie: Madzia - 5 podgrzybków
Ja - kilka kurek, z czego jedną dałam Ali
Ala - jeden kapelusz całkiem ładnego grzyba, z którego była bardzo dumna.
Tylko ja i Madzia miałyśmy siatki, więc grzyby Ali niosłam w mojej. Kiedy chciała je wziąć, okazało się, że kapelusz wyparował. Na jego miejscu znajdował się mały grzyb z nóżką. Ta niepokojąco szybka ewoluacja nieco nas zaniepokoiła. Oto zdjęcie moich zbiorów. Niestety do kuchni wtargnęła Hanusia i moja wielka kurka została zgnieciona, rozczłonkowana, przeżuta i wypluta. Zostały tylko marne resztki.

środa, 2 października 2013

Karolek kontra klej

Właśnie śniłam o tym, że życie jest piękne, kiedy weszła mama i sen brutalnie się rozwiał. Dziś miałam mieć sprawdzian z matmy i kartkówkę z WOSu - czyli mało jak na gimnazjum, ale zawsze coś. Założyłam moją nową wiśniową kamizelkę - super, prawie zakryła mundurek. Może mnie za to nie zabiją. Nienawidzę WOSu. Nudny, głupi i w dodatku pani obniżyła mi ocenę za zeszyt- praca wyszła mi super, ale chyba za pismo dostałam 4. Ale sorry, na jej lekcji po prost NIE CHCE MI SIĘ ładnie pisać. Kartkówka była dość prosta, ale Piotrek znowu ściągał od Ali, więc pani zabrała kartki im obojgu. Mam nadzieję, że je oceni, bo Było to z gruntu niesprawiedliwe.
Na matmie okazało się, że pani zapomniała wydrukować sprawdziany, więc "w ramach powtórzenia" robiliśmy coś zupełnie nowego. Na zajęciach artystycznych pani P się wkurzyła, bo nikt nie był przygotowany, a ja i Madzia dostałyśmy groźbę jedynki za robienie szafeczek na technikę.  To też uważam za niesprawiedliwe - przynajmniej coś robiłyśmy w przeciwieństwie do reszty klasy.
Moja szafka była prawie gotowa, należało tylko dorobić uchwyty. Problem tylko, że nie było jak ich przykleić. Zaraz... co tu tak śmierdzi? Aha, D przyniósł KLEJ!
Klej ów wyglądał dość podejrzanie, a pachniał jeszcze gorzej. Cóż, innego brak. Zrobiłam słodkie oczy i twór ów znalazł się w moim posiadaniu. Ala stwierdziła, że mi pomoże. To, co się później stało nie było jej winą - która z nas mogła przewidzieć, że klej zamiast przyzwoicie wypłynąć z małej dziurki na czubku po prostu eksploduje? Gapiłyśmy się na dużą plamę na przodzie szafki nie mogąc wydobyć głosu. Potem zaczęłyśmy się śmiać. Jakoś udało mi się zakleić plamę serduszkiem. Ala przyczepiła uchwyty. Kiedy oddawałyśmy klej właścicielowi, D stwierdził, że jest w fatalnym stanie i ktoś go nie umiał używać. Zdenerwowałam się - co tu jest w gorszym stanie - klej, który trzeba było ciąć nożyczkami, żeby przestał się ciągnąć, czy moja biedna szafka?! Chyba to drugie. Na szczęście ten klej ma jedną zaletę - szybko schnie. Pani od techniki nie miała nic do zarzucenia mojej pracy i postawiła mi piątkę.
Dzień byłby nawet udany, gdyby nie... dlaczego wszystkie nieszczęścia sprowadzają się do jednej osoby- Karolka?
Technika to luźna lekcja i wszyscy zazwyczaj gadają - teraz na pierwszym planie jest wycieczka z aquaparkiem w programie. Chłopaki jak to oni żartowali, że co dla niektórych najwyższy czas zaznajomić się z wodą. I wtedy ten drań powiedział:
- D też się nareszcie wykąpie. Z Neth. Od dawna na to czekali.
Powiedział to bardzo, bardzo cicho, ale usłyszałam.
- CO takiego powiedziałeś?!
- Nic, nic. Nie o tobie.
- Ja słyszałam wyraźnie moje imię - powiedziałam ze straszliwym spokojem. - Dobrze wiesz, co palnąłeś.
I kiedyś cię za to spiorę- dodałam w myśli. Właściwie chciałam to zrobić już po lekcji, ale poczekam aż urosnę i Karolek popamięta na całe życie.
Przez resztę lekcji wyobrażałam sobie, że zaklejam mu tę szeroką paszczę klejem D. To była zabawna myśl.
Nie wiem co dziś było gorsze - Karolek czy ten klej. Zrobiłam ogólne porównanie. Karolek pachnie słabiej od kleju, i może jest odrobinę bardziej estetyczny. Jeśli jednak wziąć pod uwagę poziom intelektualny to klej jest zdecydowanie na pierwszym miejscu.

poniedziałek, 30 września 2013

Kiedy angielski spada na głowę

To chyba najokropniejszy dzień w moim życiu. Byłam pewna, że dobrze zrozumiałam polecenie pani od angielskiego - na dodatkową ocenę trzeba przeczytać lekturę i napisać streszczenie. Streszczenia się nauczyć i opowiedzieć pani. A tu nie - dziewczyny miały jakieś karteczki z jakimś dziwnym tekstem, a na pytanie co to jest Zosia odpowiedziała
- No, artykuł.
Za jaką cholerę artykuł?!!! Dobra, uczę się. Napisałam pierwsze literki streszczenia i wkuwam. Coś jednak jest nie tak, nie wiem tylko co. W szkole brak Ali, natomiast D (imienia nie podam) chce jakieś zeszyty.
Za jaką cholerę zeszyty?!!!
Nie moja wina, że kiedy dzwonił to ja jeszcze na pół spałam i gorączkowo szukałam po domu jakichś normalnych majtek. Chciał lekcje z całego tygodnia, a ja, drżąca, w samej bieliźnie, musiałam mu dyktować Szczęście, że on ma cegłofon bo na pewno mnie nie mógł widzieć. Dobra. Sorki stary, na jutro ci przyniosę.
Fizyka.
- Neth, umiesz do kartkówki?
Za jaką cholerę kartkówka?!!!
No, tak. Ruch jednostajny. Kurczę, ja to mam pecha. Na spółkę z Olcią napisałam. Przynajmniej wydaje mi się, że dobrze.
Wuef. Nie mam stroju. Dopisałam dzisiejszą datę do zwolnienia, ale nie wyglądało to wiarygodnie. Na szczęście Roma pojechała na zawody, miałyśmy z panem, który nie czepiał się niećwiczących. Niestety trzeba było wyjść na dwór, a ja siedząc bez ruchu marzłam okropnie.
Matma. Nie słuchałam pani, bo wkuwałam angielski.
Po dzwonku na przerwę poszłyśmy zaliczać na 6. Teraz dopiero dowiedziałam się, że nauczyć się trzeba jakiegoś oddzielnego artykułu. I wkleić go do zeszytu. Oddzielnego. I napisać do niego słówka do nauki.
Zrobiłam głupio, bo brnęłam dalej. Powiedziałam, że znalazłam artykuł na temat lektury i powiedziałam go z pamięci... Koszmar. Pani się strasznie wkurzyła (już sama jej irytacja budzi grozę wśród uczniów) i powiedziała że co to za artykuł, skąd go wzięłam, i dlaczego nie mam go na kartce wraz ze słówkami i że tak "się wcale nie rozwijam" (cytuję) i podobno mówi o tym od pażdziernika zeszłego roku. Z pomocą przyszła mi Olcia, ratując mi życie (już drugi raz tego dnia). Ona też to źle zrozumiała. Pani nam wybaczyła bo to wrzesień, ale nie wiem, czy mamy to teraz poprawić czy nie.
Na domiar złego całą tę scenę widziała moja mama, która przyszła porozmawiać z wychowawczynią. Na szczęście mama to osoba, której bez obaw można się wyżalić - wyrazi tylko współczucie. Niewiele osób ma takie szczęście. Mama rozmawiała, a ja czekałam przed szkołą. Po strasznej angielskiej wpadce jeszcze płonęła mi twarz. Żeby o tym zapomnieć zaczęłam żuć liść klonu. Pomogło - był tak potwornie gorzki, że nie mogłam myśleć o niczym innym. Nagle zobaczyłam, że wpatruje się we mnie jakiś chłopak. Jego mina mówiła "dlaczego żujesz liść?!" Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Mama nie przychodziła, więc poszłam jej szukać w szatni. Pan woźny spojrzał na mnie jakoś dziwnie, więc szybko ją opuściłam. Gdy byłam już na korytarzu moją uwagę przykuł dziwny dzyndzel wystający ze ściany. Dotknęłam go i... światło zgasło. Szybko zapaliłam je znowu, ale z głębi szatni doleciał mnie gniewny głos: "no i czego wciskasz!" Uciekłam.
W domu dostałam ochrzan, bo wpadłam na chwilkę do babci i zleciało nam się kilka godzin.
Kupiłam trociny do mojej klatki i odkryłam, że nie są granulowane tylko sypkie. Oczywiście rozsypałam je na dywan.
Od jutra w sklepie będą króliki, więc kto wie... Może się zdecyduję... w ramach małego sabotażu...:)
spłuczka sedesowa to fantastyczne tło do zdjęć

wtorek, 24 września 2013

Czy króliki jedzą gliki?

Zaczęło się od nowego słowa Hanusi - GLIK. Na początku myśleliśmy, że jest to wymyślony przez nas potwór, ale szybko okazało się, że ów tajemniczy glik nie znaczy nic innego jak wilk. Hania bardzo bała się glika, więc żeby ją rozśmieszyć zaczęliśmy układać o nim piosenki. Naszą najbardziej popularną jest przeróbka powszecgnie znanej piosenki:
Lubię podróże
I lubię kwiatów woń
Zielone wzgórze
I morskiej wody toń,
Ciepły kominka blask,
Gdy zapada zmrok.
Bum tarara, bum tarara
Bum tarara, bum tarara.
Znałam też wresję obozową:

Lubię harować,
Lubię latryny woń
Zieleń kiełbasy
I moja brudną dłoń,
Ciepły ogniska blask,
Gdy komary tną.
Bij komara, bij komara
Bij komara, bij komara.

Także z powodu mojego nagłego zainteresowania królikiem i lęku Hani przed glikami:

Lubię króliki,
Króliki nie są złe.
Zjadają Gliki!
Przypadki odwrotne
Także zdarzają się,
Glik królika zje.
Bum tarara, Bum tarara
Glik królika zjeść się stara.
Bum tarara, bum tarara,
Królik glika wciąż unika!

Moj kolega wymyślił jeszcze o dresiarzach:

Nie lubię dresów,
Bo dresy głupie są.
Ciągle kiblują,
Co drugie słowo klną,
Kiedy odwrócisz się
To cię nożem dźgną.
Bum tarara, bum tarara
Bum tarara, dres fujara.

Nie wiem czemu mama zabroniła mi to śpiewać. To przecież szczera prawda!

niedziela, 22 września 2013

Grypa? Mały grzybiarz i mały gimnastyk.

Obudziłam się z myślą, że jestem śmiertelnie chora. Miałam straszliwy katar, chrypę i kaszel, w dodatku bolały mnie zatoki. Mama dała mi Ibuprom  oraz jakiś ohydny syrop z liściem bluszczu na etykietce. Wypiłam dzielnie i poczułam się jakby lepiej. Do kościoła szliśmy na pierwszą i było jeszcze trochę czasu, więc mama wymyśliła, że pójdziemy na grzyby. Nie chciałam wychodzić - czy oni nie wiedzieli, że choruję?- ale w końcu poszłam. Grzyby widać wyrosły dziś rano, bo były małe - idealne do marynowania. Nasz dom przeżywa fazę robienia przetworów (w ogrodzie mamy trzy drzewa śliwkowe), więc rzuciliśmy się ochoczo do zbierania. Wyszło na co najmniej jeden słoiczek. Mój pięcioletni brat Staś martwił się, że nie znajduje żadnych grzybów, więc specjalnie go na nie naprowadzaliśmy. Jednego za Chiny nie mógł znależć, choć Przemek (brat, lat niespełna 12) oraz Karolina (siostra, lat ponad 8) robili wszystko, żeby go zobaczył. Wtem najmłodszy członek rodziny, czyli prawie dwuletnia Hania, roześmiała się i pokazując paluszkiem grzyba zawołała:
- Tu, Taś, tu!!!
Cała rodzina wybuchnęła niepohamowanym śmiechem - z niej dopiero będzie grzybiarz!
 Na mszy był chrzest. Nie lubię chrztów, bo ludzie zapominają  o co w nich chodzi. Zapraszają ludzi nie mających z Kościołem nic wspólnego i w ogóle wszystko robią na pokaz. Niedawno na jednym takim chrzcie chciało mi się wrzeszczeć z frustracji. Do kościoła wiadomo jak trzeba się ubrać - bez wyciętych dekoltów, z zasłoniętymi kolanami i ramionami. Kto chodzi ten wie. A tu wszystkie szczęśliwe panie, WSZYSTKIE bez wyjątku miały spódniczki mini. W ogóle nie zwracały uwagi na to, co się dzieje na mszy, tylko pozowały do zdjęć. A zdjęcia robiła im... to było najgorsze. Gdybym spotkała taką babkę na ulicy to miałabym poważne wątpliwości co do jej zawodu... wiadomo co mam na myśli. Jej sukienka była jaskrawofioletowa i półprzezroczysta. Sięgała może cztery centymetry poniżej bioder. Od przodu odsłaniała znaczne partie biustu i nie posiadała nawet marnych ramiączek. Z tyłu w ogóle nie miała pleców. Kobieta ta pstrykając nieustannie cały czas stała wypięta w stronę ołtarza, a biedny ksiadz widział tylko jej gołe cielsko z wąziutkim paskiem materiału na tyłku. Szczerze go podziwiałam, że nie rzucił w nią tym złotym naczynkiem, które trzymał. No bo co to jest? Kościół czy saloon?
Na szczęście dzisiaj rodziny chrzczonych dzieci zachowywały się w miarę normalnie.
Po obiedzie pojechaliśmy na tor do minigolfa, żeby wykorzystać kupon wygrany na którejś loterii. Ja prawie nie grałam, bo razem z mamą poszłam na plac zabaw i bawiłyśmy się z Hanią. To dziecko jest niewiarygodnie zmyślne i gotowe do ekstremalnych doświadczeń. Żałowałam, że nie mam aparatu. Jej głównym numerem było zawiśnięcie na poziomym drążku z brodą opartą na rękach i wymach nóg do przodu. Wchodziła też na zjeżdżalnię pod prąd i ciągle trzeba jej było pilnować.
 Dziś, w ostatni dzień lata tata napalił w kominku. Siedzieliśmy do późna wieczór. Nie wiem, jak po weekendzie wrócę do szkoły. Może przeżyję, bo z powodu przeziębienia mama zwolni mnie z wuefu.

sobota, 21 września 2013

Babskie(?) zakupy. Kwestia królika

Ach, sobota. Zero szkoły, nauki, pośpiechu, luz i spanie do południa. To ostatnie niestety mnie nie dotyczyło. Nastawiłam sobie budzik na 7.30 żeby na pewno zdążyć na zbiórkę harcerską (zaczynała się za trzy godziny). Byłam gotowa niespodziewanie szybko, więc stwierdziłam, że zabiorę całą moją gotówkę w liczbie trzystu dwunastu złotych (efekt nieustannego odkładania) i pójdę na bazar na prawdziwe babskie zakupy. Jak szaleć to szaleć.
 Niestety, nie było mi dane zrealizować tego marzenia. Los postawił na mojej drodze sklep zoologiczny.
Słowo wyjaśnienia. Od dawien dawna w naszym domu mieszkała jakaś świnka morska. Ostatnia nazywała się Momek. Kiedy rodzina wyjeżdżała, świnkę przejmowała babcia, której jakoś zawsze udawało się chronić ją przed swoim psem. Jednak niedawno pies zdechł i pogrążona w smutku babcia zaczęła częściej do nas wpadać. Miałam wrażenie, że bardziej chce zobaczyć Momka niż nas (wrażenie oczywiście mylne). Aż wreszcie, kiedy wróciliśmy z wakacji i przyjechaliśmy do niej po Momka, rozpłakała się i powiedziała, że go nie odda. Dziadek się zdenerwował i była afera, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że dla dobra babci i świnki, która już się do niej przyzwyczaiła, może ją sobie zatrzymać. To była też ulga dla mamy, która dość już miała mocnego chodzenia do ogrodu albo suszenia sałaty (świnki morskie muszą codziennie dostawać coś zielonego, bo nie potrafią same wytwarzać witaminy C). Potrafią to jednak króliki, przynajmniej tak mi się wydawało. Mama nie potraktowała poważnie mojego oświadczenia, że chcę królika, ponieważ po pierwsze nie mieliśmy już klatki, a po drugie nie miałby kto z nim zostawać w czasie wyjazdów.
Ja jednak najpierw robię, potem myślę. Weszłam do sklepu.
- Dzień dobry, czy ma pani klatkę dla królika?
Sympatyczna pani za ladą spojrzała na mnie uważnie.
- Tam jest jedna. Jaką chcesz w ogóle?
- No... właściwie to nie wiem. - dotarło do mnie, że nic nie wiem o takich klatkach.
- Masz w domu królika? - spytała pani chcąc mi pomóc.
- Nnnie... właściwie to jeszcze nie mam. - Ta głupia odpowiedź usprawiedliwia się moim panicznym lękiem przed sprzedawcami. - A ile tu kosztuje królik? Razem z klatką?
Pani zrobiła zatroskaną minę.
- Klatka będzie pewnie za sto, a królik za koło osiemdziesięciu..
- O, nawet stać mnie. - Naprawdę myślałam, że to wyniesie drożej. To musiał być znak.
- Czy chcesz teraz kupić? Czy twoi rodzice wiedzą?
- Tak... wiedzą... raczej. - Czy wyrażają zgodę to była już inna kwestia. Nagle uświadomiłam sobie, co powiedzą rodzice, jeśli przyjdę do domu z królikiem. Postanowiłam zacząć od mniejszego wstrząsu. - Ja poproszę samą klatkę... Po królika przyjdę później.
 W sklepie obok kupiłam jeszcze zieloną bransoletkę i wróciłam do domu.
Rodzice nie byli bardzo zdenerwowani, raczej zdezorientowani. Teraz poczułam się trochę głupio i próbowałam wyjaśnić im jak bardzo potrzebuję pustej klatki  (można w niej trzymać na przykład siostrę), ale chyba ich nie przekonałam. Klatka dalej stoi u mnie w pokoju. Mieliśmy ubaw, bo nasza najmłodsza siostrzyczka mieściła się w niej doskonale. Chciałam udowodnić, że nawet ja się do niej zmieszczę, Weszłam w prostokątny otwór o wymiarach 23 na 24cm (mierzyłam), ale nie mogłam z niego wyjść, po prostu utknęłam. W końcu jakoś mi się udało (nie obyło się bez zdjęcia spodni) i klatka, pusta, stoi i wprawia rodzinę w zakłopotanie. Nie zdziwiłabym się, gdybym na urodziny (w styczniu ) dostała królika.



No powiedzcie, czy ona nie jest słodka?

piątek, 20 września 2013

Kapusta w Alpach i 1000m bez stanika

Szalała burza. Niebo przecinały błyskawice. Wśród wycia wichru i szumu ulewy dało się słyszeć rżenie konia. Wierzchowiec jak gdyby utkany był z mgły i zdawał się zupełnie niematerialny. Ktoś jednak na nim jechał. Nieziemsko piękna dziewczyna stała w strzemionach. Długie, ciemne włosy, mokre od deszczu spływały jej na ramiona, a granatowe oczy lśniły radością. Miała do wykonania misję od której zależały losy świata, nie wątpiła jednak, że jej się powiedzie...

Łup, łup, łup. Ten odgłos niepokojąco przypominał pukanie do drzwi. To jakaś pomyłka. Przecież przed chwilą kładłam się do łóżka, a zegar wskazywał dwudziestą trzecią. Zacisnęłam mocniej oczy i spałam dalej.
 Łup, łup, łup. Skrzyyyyp. Człap, człap. Jakaś ręka potrząsnęła mną nagląco i usłyszałam głos mamy:
 - Neth, wstawaj, czas do szkoły.
Zignorowałam obecność rodzicielki w pokoju.
 - Córeczko... - teraz w głosie była prosząca nuta.
- Śpię - wymamrotałam i naciągnęłam kołdrę na głowę. Może uda mi się jeszcze złapać tego konia. - Córeczko, jest dwadzieścia po szóstej... - SŁUCHAM?! - z trudem siadłam na łóżku, nieprzytomnie rozglądając się po pokoju. - Miałam wstać kwadrans temu... Mama wyszła, czując, że obudziłam się na dobre. Zwlokłam się z łóżka i po omacku ubrałam. Dziś jechałam na moje pierwsze w życiu zawody sportowe. Z biegów. I w dodatku jeszcze długodystansowych. Dziewczyny u nas w klasie są ogólnie dobre z wuefu, ale z biegami nie jest jakoś specjalnie... Natomiast u mnie to jedyna mocna strona w tym przedmiocie. Oczywiście nigdy nie prześcignę Madzi P., ale jakoś wyrabiam na 800m, co w porównaniu z innymi wypada wcale dobrze. Tyle że ten bieg będzie na 1000m i doskonale zdawałam sobie sprawę, że sobie nie poradzę. Cóż, jak mus to mus. Wdziałam na siebie wuefowy T-shirt, stwierdziłam, że mi zimno, włożyłam wełniany, nierozpinany sweter i, żeby nie podpaść za mundurek, na to wszystko naciągnęłam błękitną szkolną koszulkę (w której zazwyczaj wyglądałam jak w sukience, mimo, że był to najmniejszy rozmiar). Dobrą stroną tej koszulki jest fakt, że można ją założyć nawet na kombinezon. Rzuciłam okiem na moje biurko i zamarłam. Wśród papierów, zeszytów, otwartych podręczników, rozmontowanych długopisów i całego majdanu potrzebnego do nauki ujrzałam prawie pustą kartkę A3 na której znajdował się tylko imponujący tytuł: „Piętra roślinne Alp”. To dlatego miałam wstać trochę wcześniej. Dobra, tylko spokojnie. Rysunek miałam w podręczniku. Kusiło mnie wprawdzie, żeby druknąć sobie gotowy plakat, ale nie chciałam ryzykować. W rekordowym tempie nabazgrałam coś w rodzaju góry, podpisałam, co trzeba i zabrałam się za kolorowanie. Niestety, w tym momencie mama odkryła, że nie zjadłam śniadania i musiałam zostawić na chwilę mój wyczyn. Kiedy wróciłam, było tak mało czasu na wszystko, że moja góra ostatecznie wyglądała jak grządka z kapustą. Pakowałam się na ślepo, biorąc tylko jakieś przypadkowe zeszyty, miałam nadzieję, że jakoś mi to ujdzie. Uszło. Nawet obyło się bez zgłaszania nieprzygotowań. Tuż przed chemią wyruszyliśmy sprzed szkoły. Było trochę kłopotu, bo w mojej torbie, i tak już wypchanej, miał się jeszcze zmieścić włożony rano ubiór. Ostatecznie musiałam zostawić sweter w szatni. Paradoksalnie marzłam i byłam głodna mając torbę wypchaną ciuchami i jedzeniem. Przewidywałam, że na miejscu nie będzie jak się przebrać i dlatego szłam w jeansowej kurteczce narzuconej na sportowy T-shirt oraz w legginsach. Na dworze było kilka stopni i padał deszcz, a my drałowaliśmy na piechotę. W ostatniej chwili nasza wuefistka Romcia powiadomiła Madzię (numer jeden), że jednak nie musi jechać. Biedna Madzia M, kompletnie zdezorientowana zdecydowała się zostać w szkole, mimo iż nie miała połowy książek. Nawiasem mówiąc takie rzeczy są zupełnie w stylu Romci. Poszliśmy. Cud, że nie zamarzłam. Nie wytrzymałam jednak głodówki i w czasie drogi niejednokrotnie podjadałam sobie ciasto mamy. Moja torba nie wyglądała potem zbyt pięknie. Na miejscu spotkałam mojego młodszego brata i kupę znajomych z różnych szkół(z przewagą kupy). Z naszej klasy startowała ze mną tylko Madzia druga (Madzia P.), co mnie nie urządzało. Oczywiście umówiłyśmy się, że biegniemy razem, nie spieszymy się i dokonujemy SABOTAŻU, ale wiadomo jak to jest podczas biegu - każdy myśli „dobiec, byle szybko.” Największym moim przeżyciem było to, że po kilku metrach zsunął mi się stanik i nie dało się go poprawić w biegu. Biegłam więc z tą częścią ubioru na wysokości pasa. Nie było jednak tak źle – Madzia przybiegła trzynasta, a ja – piętnasta, co na kilkadziesiąt biegnących jest wcale niezłym wynikiem. Zawody były ogólnie udane. Nie musimy startować w drugim etapie, Romcia jest zadowolona, bo dziewczyna z pierwszej przeszła do finału, a i mini sabotaż został dokonany – nie wróciłyśmy już do szkoły, choć ja, w tajemnicy przed nauczycielami wpadłam tam na chwilkę. To tyle na dziś. A tak na marginesie – za grządkę dostałam piątkę:) z minusem.