środa, 9 października 2013

Plastelina, kawa i Żelusie

Technika zapowiadała się ciekawie. Każdy miał przynieść materiały do robienia lampionu - m.in coś do wypełnienia (kamyki, ziarno), słoik, klej lub plastelinę i oczywiście świeczkę. Podzieliliśmy się materiałami z D, który siedzi ze mną na technice. Musiałam na chwilę wcielić się w Kopciuszka, bo rozsypał ziarna kawy i ryżu, a chciał je mieć oddzielnie. Zosia przyniosła dziwną indyjską kawę w stanie zmielonym, o zapachu czekoladowo-malinowym. Wystarczyła szczypta tej kawy, żeby pomieszczenie napełniło się niesamowitą, odurzającą wonią. Wąchałyśmy ją jak głupie, oczywiście dostałyśmy głupawki, a gdziekolwiek się nie udałam, czułam tę kawę w powietrzu. Na matmie cały czas pachniała i nie pozwalała mi się skupić.
Jeszcze lepszy materiał na lampion wynalazła Olcia. Kupiła w Biedronce całą masę małych żelowych kulek do kwiatków. Po kilku godzinach kulki te były wszędzie. Mieliśmy ubaw odkrywając coraz to nowe ich właściwości, odbijając je, podrzucając i rozgniatając. Nie na tym koniec. Któryś  z chłopaków przyniósł odblaskową plastelinę i wpadł na arcymądry pomysł rozrzucenia jej po całej szkole, rzucając głównie w dziewczyny. Ja starałam się uważać, żeby nie nabrudzić, ale kiedy zobaczyłam kawowo-żelowo-plastelinowe pobojowisko celowo przeniesione na korytarz, miarka się przebrała. W końcu moja zaprzyjaźniona sąsiadka pracowała tu jako woźna. Zaczęłam zbierać plastelinę i przy okazji nieźle się obłowiłam - kolory miała naprawdę imponujące. Kiedy co niektórzy zaczęli się ze mnie śmiać, powiedziałam im parę słów prawdy i czym prędzej znikłam. Co do kulek, to jedną znalazłam na korytarzu, a dwie w szatni. Przypominały mi żelusie z "Pingwinów z Madagaskaru" albo minecraftowe slajmy.
Po powrocie do domu rozpierała mnie energia. Wzięłam spodnie od piżamy i wywijając nimi nad głową zaczęłam skandować: TELETU-BI-SIE!!! Nagle stanęłam twarzą w twarz z jedenastoletnim synkiem przyjaciółki mojej mamy - na śmierć zapomniałam, że on dzisiaj u nas nocuje. Na szczęście on jest zupełnie normalny i już po chwili razem ze mną wznosił okrzyki na cześć teletubisiów. Ten dom jest zdrowo rąbnięty, bo po chwili przyłączyły się do nas wszystkie dzieci.
O obecności Adrianka u nas zapomniałam także rano, kiedy na wpół ubrana wpadłam na jego stojące w korytarzu łóżko. Na szczęście się nie obudził.
Mam problemy z D. Poprosił, żebym pomogła mu z historią. Jak mam się za to zabrać?! A dziś po szkole... Ale o tym napiszę innym razem. Ciao!
Ach, przez te kłopoty kwiat mojego życia więdnie! :D

2 komentarze: