Stało się to tydzień temu. Najlepszy dowód, jak poważny był to rodzaj sabotażu - fakt, że przez cały tydzień nie miałam czasu, siły ni ochoty na napisanie czegokolwiek na ten temat. Jak skrajnie lekkomyślny może być człowiek: nic wcześniej nie przemyślawszy idzie za chęcią dokonania czegoś zwariowanego, a potem ponosi konsekwencje i proszę - cały dom pogryziony, podrapany i posikany, a sprawca zamieszania bezkarnie korzysta z faktu, że jest przez wszystkich kochany. Noooooo. Teraz mogę przejść do rzeczy.
Umówiłam się z Olcią na przystanku 115, przy szkole. Ten autobus wyruszał spod mojego domu i jechał do przystanku 525- bezpośredniego transportu do Promenady.
Na początku nie bardzo wiedziałyśmy, po co jedziemy. W pierwotnej wersji miałyśmy towarzyszyć Ali, która chciała kupić książkę, ale tak się złożyło, że nie mogła pojechać. Co, bynajmniej, nie przeszkodziło jechać nam. W końcu Olcia wpadła na pomysł, że kupi sobie etui na telefon - przezroczyste. A ja wymyśliłam, że właśnie w osławionej Promenadzie dokonam zakupu mego życia. Zapakowałam wszystkie moje oszczędności (80 zł - marne resztki z tego, co zostało mi po wykupieniu jednej czwartej sklepu z biżuterią oraz klatki) i mogłam jechać. Oczywiście spóźniłam się troszkę - zgodnie z rozkładem, który dostałam od Olci - ale 115 zawsze przyjeżdżało później. Gdy jednak wychodziłam z domu, ona zadzwoniła z pytaniem, czy byłam w autobusie, który właśnie odjechał sprzed szkoły. Zdziwiłam się - Nawet najszybsze autobusy nie pokonają drogi z Falenicy do Radości w dwie minuty! Wszystko wyjaśniło się, gdy dotarłam na przystanek - Olci, albo Internetowi, pomyliły się rozkłady. W końcu jednak dotarłam na miejsce spotkania.
Kiedy Ola dowiedziała się, że będziemy wiozły królika przez pół Warszawy autobusem, dostała ataku śmiechu. Na miejscu był tylko jeden królik - biały, z ciemną obwódką wokół oka. Wydał mi się całkiem fajny. Obdzwoniłyśmy wszystkie koleżanki, zebrałyśmy do kupy za i przeciw, w końcu zdecydowałyśmy się na kupno. I co? Okazało się, że dzieciom nie sprzedają. Wkurzona powiedziałam do Olci:-Chodźmy na bazar w Falenicy, tam nam na pewno sprzedadzą.
Wróciłyśmy więc, bogatsze tylko o mrożony napój kawowy.
W Falenicy ludzie nie mieli takich dziwnych uprzedzeń. Wahałam się między dwoma króliczkami i w końcu wybrałam czarnego z maleńką białą plamką na czole. Prawie na pewno była to panna królik, więc nazwałam ją Amidala (nazwisko z Gwiezdnych Wojen, oczywiście), w skrócie Ami. Olcia głosowała za Haroldem, ale Directionerką nigdy nie byłam i nie będę i wniosek odpadł sam przez się. Po drodze do domu zgarnęłyśmy jeszcze Alę i razem poszłyśmy stawiać czoła mojej mamie. Wypadło zupełnie nieźle, bo uroda królika zniewoliła ją do reszty.
Następnego dnia przyszła obejrzeć go Magda - była przy prawdziwym imieniu dla niego i chwała jej za to - Imię Ami ma już pięć różnych wersji! Wygląda na to, że mojego nabytku nie widziała jeszcze tylko Zosia - ale to nic, mieszkamy blisko siebie.
A Zosia jest genialna. Powtarzam: ZOSIA JEST GENIALNA! Kiedy Ala z Madzią pojechały na zawody, ona została sama na placu boju i wygrała: skutecznie odstraszyła D i nie musiałam się tłumaczyć, dlaczego nie chcę z nim chodzić. Bo nie chcę - uświadomiłam to sobie, kiedy w Empiku w Promenadzie spojrzałam na okładkę płyty Star Wars - i zobaczyłam twarz faceta z blasterem. On wyraźnie mówił: nie rób tego. Tylko jak ja mam to wyjaśnić D? Ciężkie jest życie dywersantki.
Ja wiem że jestem genialna ;)
OdpowiedzUsuń1. Skąd ty się tu wzięłaś Zośka?! :o
Usuń2. Harold jest również moją córką i mam prawo nadać jej drugie imię!! :3 haha :D
3. Prawidłowo napisałas Directionerka *_____* KOCHAM CIĘ!!! <3
4. Nie mam 4. punktu ale głupio mi było skończyć na 3. xD :333
Ja tu zawsze byłam muahahahahahaha xD
Usuń