niedziela, 13 października 2013

Gdy w obronie honoru skaczę do jeziora

Kiedy wczoraj D polazł za mną do mojej babci myślałam, że już nic gorszego zdarzyć się nie może. Nie żeby coś, ale to staje się nachalne. Problem zaczął się wtedy, gdy D odkrył 213, którą od dłuższego czasu wracałam do domu, żeby uniknąć odprowadzenia. W tym dniu odbierałam Staśka z przedszkola, więc poszłam przed budynek i myślałam, że teraz się odczepi. Ale nie - zaczekał na zewnątrz, aż wyjdę z bratem i jeszcze miał pretensje, co tak długo. Kiedy mój brat go zobaczył, uśmiechnął się i powiedział:
-Cześć, D!
- Nie jestem D!
-Nie? A jak?
Myślałam, że umrę. Staś nacierał dalej.
- Czy znowu się uparłeś?
Kopnęłam go, ale nic z tego. D się zainteresował.
- Uparłem się?
- Że odprowadzisz nas do domu. Neth mówi...
Wybawienie w postaci autobusu nadjechało.
Wysiedliśmy wcześniej, bo przypomniało mi się, że obiecałam babci wpaść po szkole. Czekała. Bardzo się ucieszyła i grzecznie zapytała, czy kolega wejdzie. Kolega był na tyle nietaktowny, że wszedł.
To, co się potem działo było koszmarem. Bawiliśmy się z Momkiem i cały czas bałam się, że on zrobi coś złego tej niewinnej śwince morskiej. Jakoś nie wierzyłam w jego zapewnienia o wyczuciu i dobrym podejściu do zwierząt. D zaprzyjaźnił się ze Stasiem, widocznie nie przeszkadzały mu nieustanne uwagi w stylu " dlaczego masz takie odstające uszy?" Po prostu świetnie się dogadywali. Babcia też mnie nie ratowała, bo co chwila zachwycała się, jaki to kolega jest ładny (nawiasem mówiąc miałam nieco inne zdanie na ten temat). Chłopaki poszli bawić się w chowanego, a babcia pogratulowała mi chłopaka.
- Babciu!!! To nie jest mój chłopak, nawet nie za bardzo go lubię.
- Ale taki ładny jest...
- Wolę Maćka - palnęłam, zastanawiając się, dlaczego akurat Maciek przyszedł mi do głowy.
Po powrocie Staś wymógł na D, że następnego dnia przyjdzie do nas. Tym sposobem znów byłam umówiona na randkę, której przecież nie chciałam. D objął mnie na pożegnanie i zniknął zanim zdążyłam dać mu w twarz.
Następnego dnia nie było lepiej. Mieliśmy właściwie uczyć się historii, ale nie było pani, więc od razu pojechaliśmy do łazienek. Tam D cały czas próbował mi zaimponować udowadniając, że jest ode mnie lepszy. Nie napiszę, co konkretnie mówił, bo krew mi się burzy. Mówił też o niehumanitarnym zabijaniu świń oraz o innych rzeczach, pod koniec których zrobiło mi się niedobrze. Wkurzyłam się, a wkurzona ja jestem zdolna do wszystkiego.
Zaczęłam celowo robić z siebie idiotkę. Nie chciałam chodzić po ścieżkach, tylko po trawie. Kładłam się na ławce i mówiłam, że się opalam. Darłam się na cały park "przyjdźcie w niedzielę na referendum!!!".
Ponadto chciałam mu pokazać, że nie we wszystkim potrafi mnie zakasować. Co z tego, że kiedy dowiedział się, iż jestem fanką Gwiezdnych Wojen, obejrzał je kilka razy z rzędu, po czym zaczął zadawać mi pytania o modele statków! Zrobił mi quiz z wiedzy o tym filmie, stwierdził, że dysponuję jedynie podstawową wiedzą, po czym przeszedł do pytań "na moim poziomie"!!! Byłam wściekła. Jakim prawem mądrzył się o pasji mojego życia, jakby nie dowiedział się o temacie dwa dni wcześniej! W dodatku widziałam kartkę  z pytaniami. Gość, który pisze "Han Solo" przez "ch" i z małej litery jest u mnie skończony na zawsze. Nadszedł czas zemsty. Choćby D wkuł na pamięć cały podręcznik do biologii, nie dorówna mi w zakresie wiedzy - nie przesadzam. Wskazałam na drzewo, pod którym siedzieliśmy.
- O, jakie to ładne. Po korze i kształcie liści poznaję, że to wiąz. Pamiętasz, co mówiła pani, prawda? Wiąz ma bardzo charakterystyczną cechę - asymetryczną nasadę ogonka liściowego... - na takie tematy mogłam mówić bez końca.
- Proszę, Neth, nic o biologii. Szkole dziękujemy.
- Ależ, co ci się nie podoba? Powinieneś przecież rozróżnić wiąz od innych drzew, to praktyczna wiedza. Dla ułatwienia przypatrz się tej wyraźnej pierzastej nerwacji...
- Neth, koniec z biologią!
Hi, hi, pomyślałam. Przypomnę ci to w odpowiednim czasie, mój ty skarbie. A na głos:
- Och, zobacz tylko, kaczka! Masz coś do jedzenia? Oswoję ją!
- Nie mam nic. Chodź już.
- Dlaczego? Ta kaczka to najmilsze towarzystwo, jakie spotkałam od wyjścia ze szkoły. Dlaczego mam iść? Wiem, że kaczki lubią glony. Weź, nałów nam trochę. - Wiem, to było chamskie, ale nie mogłam się powstrzymać.
- Chodź, bo będę cię niósł!
- To nieś. Zobaczymy, czy potrafisz... AAAAAAA! Weź się ogarnij!!!
Ten idiota rzeczywiście wziął mnie na ręce i zaniósł do najbliższej ławki. To był błąd, bo nieświadomie włączył profil " Najbardziej Uparta Osoba Ziemi". Zeszłam z ławki. Usiadłam tuż nad wodą.
- Teraz już się stąd nie ruszę i możesz się na mnie obrazić, jak chcesz - dodałam z nadzieją.
- Chyba nie. Ja nie potrafię się na ciebie gniewać.
Jasny gwint, a już myślałam, że się udało.
- Ale wepchnąć mnie do wody potrafiłbyś?
- tak, chcesz się przekonać?
Zaczął żartobliwie popychać mnie do przodu. Było to dość ryzykowne, bo właśnie kucałam na drewnianym balu wystającym z wody. W pewnej chwili straciłam równowagę. Mogłam uskoczyć na brzeg. Tyle, że wtedy przewróciłabym się dokładnie na niego i tak spleceni upadlibyśmy w trawę. Super romantycznie. Z drugiej strony czekała głęboka, brudna, lodowata woda jeziorka. Miałam ułamki sekund na decyzję i decyzję podjęłam.
- CHLUP!!!!!!!!
Brr, ohyda. Stałam po pas w tej wodzie, byłam mokra i było mi okropnie zimno, ale honor mój był uratowany. A ta jego mina...
- Idioto!!!!! - wrzasnęłam. Kto ci kazał mnie pchać?!!!
- Mówiłaś, że chcesz... poza tym miałaś szczęście, że nie wpadłaś głową na przód... a w ogóle to prawie nie jesteś mokra.
- Nie jestem mokra?! Stoję po pas w wodzie!!! Teraz pomóż mi stąd wyjść.
Podał mi rękę i wyciągnął na brzeg. Natychmiast zadzwoniłam do mamy (telefon na szczęście mi nie zamókł) i zrelacjonowałam D jej decyzję.
- Masz natychmiast postawić mi herbatę. Gorącą. A potem wezwać taksówkę.
- Za drogo na taksówkę - sprzeciwił się. Spojrzał na spływające ze mnie strugi wody. - Zresztą, już prawie wyschłaś.
- Ja się na ciebie obrażam. Foch forever.
- Ej, wybacz mi. Sama chciałaś w końcu.
- Nie odzywam się do ciebie.- byłam przeszczęśliwa. Nareszcie mogłam obrazić się na zawsze i spokój. - Teraz idziemy do kawiarni, bo zaraz zamarznę.
- I wybaczysz mi wtedy?
- Zobaczę.
On był niemożliwy. Co drugie zdanie pytał, czy mu wybaczę, więc w końcu zrobiłam to ze zniecierpliwienia, a plan wziął w łeb. Po herbacie D wynalazł kasę na paluszki i stwierdził, że już nic nie ma, więc wracamy autobusem. Poszliśmy do wyjścia. D starał się mnie pocieszyć.
- Teraz mamy już czym nakarmić twoją kaczkę.
- O, nie mój drogi. Nakarmisz mnie, a nie kaczkę, a potem zaraz zabierzesz mnie na przystanek 520. Chcę stąd wyjść i to natychmiast.
- Już teraz natychmiast?
- Tak, teraz natychmiast. Widzisz, mam naturę despotki.
- To zostaniesz moją dziewczyną?
Zamurowało mnie.
To, jak określa Mazi, była perfidia, to było po prostu zwykłe cwaniactwo. Gdyby nie zadał tego pytania ot, tak sobie, jakby po raz któryś z rzędu, miałabym gotową druzgocącą odpowiedź. Teraz po prostu stanęłam jak wryta, a wyuczona dyplomatyczna formułka wyleciała mi z głowy. Kiedy wreszcie mi się przypomniała, wydawała się tak nie na miejscu, że aż jęknęłam - CO, do jasnej ciasnej, nam powiedzieć temu idiocie?
- Więc?
- Możemy porozmawiać o tym za trzy lata? Nie czuję się na siłach...
- Trzy lata? To będzie druga liceum. Odpowiedz mi teraz, bo nie pokażę ci wyjścia.
Przez moją głowę przebiegło z dziesięć co bardziej idiotycznych odpowiedzi. "Sorry, nie mogę z tobą chodzić, uważam, że jeszcze za wcześnie na to..." Tak, tyle, że jeśli mi spodoba się jakiś chłopak to nie będę mogła z nim chodzić, żeby nie wyjść na idiotkę. "Sorry, od dawna mam na oku..." Kogo? Bądź poważna, dziewczyno. W desperacji rozważałam nawet możliwość powiedzenia prawdy: "Wiesz, ja nigdy nie będę twoją dziewczyną, ponieważ jestem ciężko, nieodwracalnie i na wieki zakochana w filmowym wcieleniu dawno nieżyjącego Amerykanina..." Do pioruna! Cholibcia saperska, jak mówi moja mama.
- No więc, jaka odpowiedź?
- No nie wiem. Nie wiem naprawdę.
- Weź paluszka, bo się kończą.
- Dzięki. Chodź do wyjścia, bo mi zimno.
- Dobra. A odpowiedź?
"Gówno, nie odpowiedź!" miałam ochotę krzyknąć. Powiedziałam tylko:
- Nie to nie. Sama trafię do wyjścia.
Zostawiłam go samego pod krzakiem i poszłam.
Dogonił mnie, jak byłam już na ulicy.
- Nie mogę cię zostawić. Nie trafiłabyś do autobusu.
- Zauważ, że teraz to ja cię zostawiłam. Spytałabym się kogoś o drogę.
Pokręcił głową. Najwyraźniej mi nie wierzył.
Poszliśmy na przystanek rozmawiając zupełnie normalnie - tylko co jakiś czas wracał do kwestii pytania. Odpowiedź była niezmienna:
- Powiem ci, jak wyschnę. Teraz jestem w szoku termicznym i psychicznym i chcę do domu.
Do domu jakoś dotarliśmy. Wprawdzie 115 się zepsuło i musieliśmy wracać pociągiem, ale dotarłam żywa. Od razu położyłam się do łóżka i słyszałam tylko, że D wszedł do pokoju Przemka i o czymś z nim gadał. Potem zasnęłam.
Kiedy się obudziłam Przemek powiedział mi, że mam zadzwonić do D w sprawie jakiegoś pytania. Wyłączyłam komórkę.
Nie wiem, co robić. Nie kocham go, oczywiście, ale... Ach, to moja największa wada - brak asertywności.
HELP!!!!

3 komentarze: